Sprawy dziennikarz polityków

Politycy, ministrowie, dziennikarze… Piotr Nisztor – grający na wiele frontów kapuś, sprzedawczyk i marionetka.

2020.02.17 15:13 BlackDevil13 Politycy, ministrowie, dziennikarze… Piotr Nisztor – grający na wiele frontów kapuś, sprzedawczyk i marionetka.

Tekst pochodzi ze strony Polska 3.0.pl

Politycy, ministrowie, dziennikarze…
Piotr Nisztor – grający na wiele frontów kapuś, sprzedawczyk i marionetka.
Publikuję prawdę, która zatrzęsie ich światem.
Piotra Nisztora, młodego wtedy adepta dziennikarstwa, poznałem na przełomie 2012 i 2013 roku w Hotelu Sejmowym. Często bywał w otoczeniu Jana Burego, z którym wiązał nadzieję na dużą współpracę. Przypominał wtedy chłopca na posyłki, mającego jednak ambicje na dużo więcej. Jan Bury w tym okresie był wzorem człowieka wszechmogącego.
To dzięki niemu PSL zmienił spolegliwego lidera Waldemara Pawlaka na Janusza Piechocińskiego.
To Jan Bury uratował koalicję PO-PSL, gdy nie była już ona prawie w stanie rządzić.
Także dzięki niemu do PSL przyszli politycy, którzy opuścili szeregi Janusza Palikota.
Piotr Nisztor dostarcza Janowi Buremu poważnie obciążające materiały i nagrania, które kompromitują zarówno dziennikarzy, jak i polityków.
To właśnie Piotr Nisztor wyposaża Władysława Serafina (szef Krajowego Związku Kółek i Organizacji Rolniczych) w urządzenie do nagrywania.
W efekcie nagrań, do dymisji podał się ówczesny Minister Rolnictwa, Marek Sawicki.
Piotr Nisztor w tym okresie przynosi Buremu nagrania Waldemara Pawlaka, Rafała Baniaka, Radosława Sikorskiego, a także dokumenty i emaile od Jana Pińskiego – dziennikarza, który przygotował w tym czasie obszerny materiał na temat czarnych biznesów Jana Burego i powiązanych z nim spółek.
Zebrany materiał jest na tyle mocny, że Piotr Nisztor rośnie w oczach otoczenia Burego i chwali go również sam wicepremier Janusz Piechociński.
Dziennikarz za lojalność otrzymuje 80 000 zł, które wręcza mu przyjaciel Jana Burego.
Nisztor prosi Jana Burego, aby ten pomógł mu w oczyszczeniu z zarzutów jego ojca Zdzisława Nisztora, za którym ciągną się sprawy związane z Rafinerią Jasło, w której od listopada 2006 roku był prezesem.
Doniesienie do prokuratury wniósł wtedy były rzecznik prasowy Rafinerii Jasło, Marcin Zachowicz.
Zdzisław Nisztor oddał grupie przestępczej, która obracała paliwami – za bezcen (!) jak się później okazało, linie technologiczne warte kilkadziesiąt milionów złotych, należące do SSP Lotosu Jasło.
Zdzisław Nisztor oskarżony był również o wyprowadzenie kilkudziesięciu milionów z Lotosu Jasło, kiedy przeprowadzał restrukturyzację spółki.
Wtedy też nastąpiły grupowe zwolnienia pracowników i przejęcia nieruchomości przez zorganizowaną grupę przestępczą z Trójmiasta.
Wszechwładny Jan Bury, dzięki swoim układom oczyścił z zarzutów Zdzisława Nisztora, a wszystkie jego sprawy zostały w tajemniczy sposób umorzone i zamiecione pod dywan.
Piotr Nisztor nie spoczywa na tym sukcesie. Proponuje Janowi Buremu założenie tygodnika podobnego do Agory, gdzie do redagowania zaprosi topowych polskich dziennikarzy.
I tak we wrześniu 2013 roku powstaje magazyn „7 Dni Plus Tygodnia”, którego Nisztor zostaje redaktorem naczelnym.
Choć magazyn jest totalną klapą, dziennikarz zostaje na jego czele (aż do stycznia 2014 r.).
Głównym fundatorem pomysłu Piotra Nisztora jest przyjaciel Jana Burego, Andrzej Wilamowski, który wykłada na ten cel ponad 1 400 000 zł.
Wszyscy są zaskoczeni i zdziwieni postawą Piotra Nisztora, że wciąż utrzymuje współpracę z Janem Burym, który zaczyna mieć w tym czasie poważne kłopoty.
Już na przełomie 2012 i 2013 roku całe podkarpackie środowisko Burego jest na celowniku CBA.
W tym okresie funkcjonariusze CBA prowadzą pierwsze przeszukania. 22 kwietnia 2013 roku zostaje zatrzymany przez funkcjonariuszy CBA przyjaciel Jana Burego, marszałek Województwa Podkarpackiego, Mirosław Karapyta.
W Lublinie marszałek otrzymuje pierwsze zarzuty za przyjmowanie łapówek i żądania prezentów.
Pojawia się również kontekst gwałtów.
Na początku maja w ekskluzywnej restauracji Osteria, w Warszawie, Andrzej Wilamowski organizuje spotkanie, w którym uczestniczą prokuratorzy Marek Staszak, Józef Piechota, Zbigniew Niezgoda i Jan Bury (jest to restauracja, którą często odwiedza Wilamowski).
Andrzej Wilamowski nie wie, że właśnie w tej restauracji rozlokowane są podsłuchy i że całe nagranie z tego spotkania Nisztor przekaże Mariuszowi Kamińskiemu.
Był to dowód na to, iż sędzia Marek Staszak przekazywał Janowi Buremu wyniki toczącego się śledztwa w sprawie Karapyty.
PIOTR NISZTOR – ABW I „UCHO MOSKWY”
Jan Bury organizuje Piotrowi Nisztorowi w Hotelu Sejmowym spotkanie z Mirosławem G., wysokim funkcjonariuszem ABW.
Dziennikarz, poznaje wtedy mecenasa z Krakowa, który jest desygnowany przez Włodzimierza Kosiniaka-Kamysza na szefa ABW, a także Pawła Jandę (przyjaciela Jana Burego z Podkarpacia), którego Jan Bury osobiście desygnował na stanowisko w Trybunale Stanu.
Za czasów, kiedy ministrem sprawiedliwości był Jarosław Gowin, Paweł Janda otrzymał propozycję objęcia z ramienia PSL tekę wiceministra sprawiedliwości.
Piotr Nisztor jest w tym okresie wpatrzony w Jana Burego i podziwia to, w jaki sposób potrafi on dbać o interesy swoich przyjaciół, jednocześnie zarządzając partią. Często go naśladuje.
Po dostarczeniu przez Nisztora kolejnych „haków” i kompromitujących nagrań Janowi Buremu, na których znajdują się: politycy, funkcjonariusze służb oraz oficerowie Wojska Polskiego, Jan Bury z przyjaciółmi postanawia rozwiązać kolejny ważny problem związany z materiałami przynoszonymi przez Nisztora.
– Ponieważ często materiały dostarczane przez dziennikarza są słabej jakości (tak jak nagrana przez Nisztora rozmowa z Giertychem i Pińskim, 18 sierpnia 2011 roku, czy tydzień później – podsekretarza stanu w MG Rafała Baniaka z Marcinem F.), Jan Bury proponuje Piotrowi Nisztorowi zupełnie inną współpracę.
Zapoznaje Nisztora ze swoim bliskim przyjacielem z Podkarpacia, z którym ma spółkę produkującą elektronikę do ekskluzywnych niemieckich samochodów.
Spółka ta jest zarządzana w tym okresie przez księgowego Jana Burego, który zarządzał wieloma jego przedsięwzięciami.
Piotr Nisztor dostanie sprzęt, który nie będzie potrzebował tak wielkich ingerencji w poprawienie jakości nagrania jak dotychczas.
Zasady są klarowne – za każde informacje Piotr Nisztor będzie otrzymywać sowite wynagrodzenie, plus comiesięczną pensję.
Po podpisaniu dokumentów, „dziennikarz” Piotr Nisztor zostaje zwerbowany przez ABW, a jego oficerem operacyjnym zostaje Mirosław G.
Wcześniej między innymi podobne urządzenia były wykorzystywane w restauracji Andrzeja Kisielińskiego – „Lemongrass”, która działała od 2005 do 2011 r.
W tym miejscu należy dodać, iż Andrzej Kisieliński od 2000 do 2005 roku był dyrektorem finansowym polskiego oddziału rosyjskiego koncernu Łukoil.
Restauracja Lemongrass była komórką nadzorowaną przez rosyjski wywiad wojskowy.
Przez rezydentów kontrwywiadowczych rosyjskiego wywiadu zostanie nazwana „Uchem Moskwy”.
W 2011 roku Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zlokalizuje podsłuchy w ścianach restauracji, po czym lokal zostanie zamknięty.
Piotr Nisztor wraz z Bogusławem P. zaufanym człowiekiem Jana Burego wyjeżdża rządową limuzyną na parę dni do fabryki „na Podkarpacie”. Zostaje tam przeszkolony w zakresie obsługi i eksploatacji urządzeń podsłuchowych.
To właśnie w tej fabryce powstają profesjonalne urządzenia podsłuchowe, które są wykorzystywane do podsłuchiwania najważniejszych osób w państwie.
Dziennikarz został przeszkolony również przez Mirosława G. (ABW), aby udzielić pełnych wskazówek co do bezpieczeństwa całej akcji pod kryptonimem „Halo Jackie””
Nisztor ma również zagwarantowany „bezpiecznik” na wypadek, gdyby sprawa wyszła na jaw. Już z założenia kozłem ofiarnym ma zostać kelner współpracujący z Markiem Falentą – Łukasz N., który był wspólnym mianownikiem dla restauracji w których funkcjonowały podsłuchy (był on informatorem ABW, który „dorabiał na boku”)
PIOTR NISZTOR I MAREK FALENTA
Piotr Nisztor często spotyka się z biznesmenem Markiem Falentą, którego poznał dzięki Andrzejowi Kleszczewskiemu.
Kleszczewski to biznesmen, któremu dziennikarz zawdzięcza sporo.
Tak naprawdę pierwsze poważne pieniądze zarabiał dzięki Kleszczewskiemu, który wykorzystywał dziennikarza śledczego (jak zaczął siebie nazywać Piotr Nisztor) do zwalczania swojej konkurencji.
Dobrze też za to płacił młodemu spolegliwemu dziennikarzowi. Andrzej Kleszczewski finansował też wykwintne przyjęcia urodzinowe Nisztora.
W zasadzie robili to na przemian wraz z Mariuszem Gazdą – szefem SKOK Wołomin, który też wspierał finansowo Nisztora.
Marek Falenta, biznesmen, który w owym czasie zasypia i budzi się z myślą o zniszczeniu „T3S” (Tusk, Sienkiewicz, Sikorski, Seremet), nie kryje, że zrobi wszystko, aby zniszczyć obecną władzę.
Opłaca „policjantów i ludzi pracujących w służbach”, którzy dostarczają mu pewnych informacji, z których korzysta też Piotr Nisztor.
Po powrocie z Podkarpacia, Nisztor oferuje Markowi Falencie zakup profesjonalnych urządzeń podsłuchowych, odpornych na system ACS3.
Ma ze sobą jeden profesjonalny zestaw, który w opakowaniu wygląda jak zabawka Jamesa Bonda.
Falenta płaci 300 000 zł za 67 zestawów w trzech ratach.
Oczywiście Piotr Nisztor dostaje powyższy sprzęt z Podkarpacia za darmo.
Wilamowski przekazuje 120 000 złotych Nisztorowi, aby ten zapłacił menadżerom i kelnerom restauracji, w których będą oni „pilnować” sprzętu.
W zasadzie za te usługi zapłaci Marek Falenta.
Jak widać, Nisztor w tej sytuacji znalazł się wspaniale, ponieważ w ciągu krótkiego okresu czasu dostał w gotówce prawie 500 000 zł.
Piotr Nisztor bryluje na salonach. Bardziej przypomina prezesa spółki skarbu państwa niż dziennikarza.
Nisztorem zainteresował się w tym czasie Główny Inspektor Informacji Finansowej, który przyglądał się wysokim przelewom, jakie na swe konto inkasował dziennikarz. Były to kwoty przekraczające 40 000 zł.
Wobec Nisztora prezes GIIF wysuwa podejrzenie prania brudnych pieniędzy. Piotr Nisztor zaczyna mieć poważny problem.
Jednak sprawa szybko została wyciszona i zamieciona pod dywan.
POLSCY POLITYCY NA ROSYJSKIM WIDELCU
Marek Falenta jest zaprzyjaźniony z wieloma osobami współpracujących z rosyjskim wywiadem
Niektórzy z nich z byłym wiceministrem Obrony Narodowej w rządzie PiS, Jackiem Kotasem (zaufaną, bliską osobą Antoniego Macierewicza).
Tutaj warto nadmienić, iż Restauracja „Sowa i Przyjaciele” należała w części do Grupy Radius, która współpracowała z rosyjskimi rezydentami i rosyjskim wywiadem wojskowym.
To była kolejna restauracja w systemie rosyjskiej operacji kontrwywiadowczej pod kryptonimem „UCHO MOSKWY”, gdzie najważniejsze informacje trafiały do najważniejszych urzędników Kremla.
Pomimo niepokojących informacji z Ambasady USA o inwigilacji polskich polityków, ówczesny zastępca ABW, płk. Jacek Gawryszewski lekceważy te informacje, jakże ważne dla bezpieczeństwa Państwa Polskiego.
Z Piotrem Nisztorem dosyć często kontaktują się oficerowie prowadzący z Centralnego Biura Antykorupcyjnego z Katowic, z którymi współpracuje od 2008 roku.
Robią to od czasu publikacji w Rzeczypospolitej artykułu ze „zmanipulowanym” nagraniem obciążającym prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego. Właśnie za ten paszkwil Piotr Nisztor jest nominowany do nagrody „MediaTory”.
Pewnie do tej pory Nisztor nie zdaje sobie sprawy, że spotkał się nie z biznesmenem Jakubem Olszańskim, który wręczył mu zmontowane nagranie, a z człowiekiem ze służb – Krzysztofem R., który współpracował z Mariuszem Kamińskim.
Cała sprawa miała pogrążyć prezydenta Sopotu i w pełni była kontrolowana przez gdańskie CBA. Omawiane spotkanie miało miejsce w restauracji w Krzywym Domku na sopockim Monciaku.
Po latach Karnowski zostaje uniewinniony, a Piotr Nisztor za ten incydent nigdy nie ponosi żadnych konsekwencji.
KSIĄŻKA O JANIE KULCZYKU
Pod koniec 2011 roku, na umówione spotkanie na Foksal zamiast Dawida Sęka, przychodzą ochraniarze Jana Kulczyka.
Nisztor jest blady jak ściana.
Nie spodziewał się takiej wizyty.
Zapytany – „wpierdol – czy nie wpierdol?”, wybiera to drugie.
Po krótkiej rozmowie podpisuje weksel in blanco na kwotę 1 500 000 zł oraz dokumenty, które mówią o tym, iż wyda książkę o Janie Kulczyku za odpowiednim wynagrodzeniem, której recenzentem będzie sam Jan Kulczyk.
Oczywiście Nisztor się zgadza i w 2015 roku wydaje książkę, która stawia najbogatszego Polaka w pozytywnym świetle.
W 2011 r., zaraz po incydencie z ludźmi Jana Kulczyka, wystraszony Piotr Nisztor postanowił zorganizować sobie ochronę. Przestraszony „dziennikarz” kontaktuje się z warszawską delegaturą CBA, która do współpracy skierowała funkcjonariuszy z Katowic i Trójmiasta.
Paweł Wojtunik, otrzymuje sygnał o wielu nagraniach, które posiada Piotr Nisztor, na których pojawiają się politycy i biznesmeni.
Sprawę bezpośrednio nadzorują wspólnie z wiceszefem CBA Maciejem Klepaczem, za zgodą ówczesnego ministra nadzorującego służby – Jacka Cichockiego.
Paweł Wojtunik, będzie dbał o kontakty z Piotrem Nisztorem, zwłaszcza, że sam będzie obawiać się utraty swojego stanowiska, wiedząc, że minister Spraw Wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz otrzyma dokumenty w sprawie współpracy Wojtyniuka ze światem przestępczym Trójmiasta.
Premier Donald Tusk osobiście będzie interweniować w tej sprawie, po otrzymaniu oficjalnego pisma od byłego policjanta CBŚP, Jarosława Pieczonki ps. „Miami” .
Piotr Nisztor przekazuje wiele prywatnych nagrań i maile z donosami na swoich kolegów dziennikarzy.
Jest ich wiele.
Wśród nich są m.in. Jan Piński, Jarosław Sroka, Tomasz Sakiewicz, Michał Lisiecki, Piotr Kubiak. Najcięższe kieruje pod adresem Jana Pińskiego, który rzekomo jak twierdzi Nisztor ma współpracować z przestępcami.
Na urodziny Piotra Nisztora w 2013 roku przybyło wielu znamienitych gości ze świata polityki, biznesu, służb, dziennikarstwa. Przybyli także gangsterzy.
Nisztor potrafił się chwalić znajomościami, ba – często nawet po pierwszym spotkaniu przechodził na „Ty”. Pokazywał, że jest wszechmogący. Starał się przy tym wzorować na Jana Burego.
Na przyjęciu urodzinowym dziennikarza, można było zobaczyć m.in.: byłego dowódcę JW. GROM gen. Romana Polko, gen. Pawła Pruszyńskiego (byłego wiceszefa ABW), Piotra P. (były oficer kontrwywiadu WSI) wraz z Mariuszem Gazdą prezesa SKOK Wołomin, którzy na imprezę przynieśli pokaźny prezent.
Wraz z prezesem Gazdą pojawili się także politycy związani bardzo blisko z Jarosławem Kaczyńskim; m.in. prezes Kazimierz Kujda, (były prezes NFOŚiGW, Srebrna). Do zacnego grona imprezy dołączyli: płk Maćkowiak, płk Śledzik, Andrzej Wilamowski, Ernest Bejda (CBA), Marek Falenta, gen. Raczyński, mec. Darek Kapitan, Maciej Pszczółka, płk. Grzegorza Luksa (SG) z gromadką GROM-owców, Dariusz Wójcik (właściciel warszawskich klubów ze striptizem dla mężczyzn HUSTLER i VEGASCLUB), Dariusz Woźniak.
Jest także Mirosław G., funkcjonariusz ABW prowadzący Piotra Nisztora.
Ważną osobą, która pojawi się na przyjęciu jest Krzysztof Baszniak – były wiceminister pracy w rządzie Leszka Milera, który przybędzie w towarzystwie menadżerów Łukoilu, a także przyjaciel i informator Nisztora, Wojciech Janas – były oficer WSI i WSW, szkolony przez KGB.
Nikt z zaproszonych gości nie spodziewa się, że wszystkie imprezy jubilata Piotra Nisztora, są przez niego samego nagrywane.
Pod koniec 2013 roku, Marek Falenta wraz z Piotrem Nisztorem pojawiają się na przyjęciu opłatkowym Prawa i Sprawiedliwości. Spotkanie to organizuje Stanisław Kostrzewski, ówczesny skarbnik PiSu.
Spotkanie jest wcześniej uzgodnione z Mariuszem Kamińskim, który po powołaniu specjalnej grupy ds. podsłuchów przez Jarosława Kaczyńskiego, w lipcu 2013 roku, koordynuje bezpośrednio działania Piotra Nisztora.
ŁOMOT
5 stycznia w niedzielę 2014 roku, Piotr Nisztor wraz z „przyjaciółmi” bawią się do późna w jednym z ekskluzywnych klubów nocnych w Warszawie. Rachunek za balangę wynosi ponad 6 000 zł.
Dziennikarz płaci gotówką, imponując Roksanie, która dotrzymuje mu towarzystwa do samego końca.
Kiedy wychodzi z klubu, zostaje zatrzymany przez funkcjonariuszy, którzy później okażą się przebranymi gangsterami.
Wrzucają przestraszonego Piotra Nisztora do Forda Transita i wywożą poza obrzeża miasta.
Z samochodu „dziennikarza”, który był zaparkowany vis a vis klubu, wyciągają laptopa, kilkanaście pendrive’ów i 6 twardych dysków.
W schowku, po prawej stronie samochodu jest teczka, a w niej prawie 70 000 zł.
Piotr Nisztor ma w głowie czarne scenariusze. Panowie przetrzymują go ponad 4 godziny.
Jest poniżany i dostaje sromotne baty. Piotr Nisztor błaga o litość i zrozumienie.
Gangsterzy dzwonią do Piotra P. byłego członka rady nadzorczej SKOK Wołomin – zleceniodawcy akcji, z którym Piotr Nisztor rozmawia, klęcząc:
– „Mam nadzieje Misiu, że czujesz się dojechany?”
– „Tak!” – odpowiada Nisztor.
– „Ty Kur..wo nie jesteś dziennikarzem tylko konfidentem” – słyszy w słuchawce.
Cała zawartość zatrzymanych rzeczy została zarekwirowana przez uzbrojonych mężczyzn.
Piotr Nisztor przez paręnaście dni nie pokazuje się na mieście. Nie odbiera telefonów.
Pisze pisma do ABW i CBA i prosi o ochronę.
W tym samym czasie Wilamowski rozwiązuje z Nisztorem umowę o pracę, po tym jak ten zaniedbał tygodnik „7 Dni Plus Tygodnia”, w którym Nisztor bez usprawiedliwienia w ogóle nie pojawił się w pracy. Kończy również współpracę z Burym, mówiąc, że ABW zlokalizowała podsłuchy w restauracjach. Obiecuje dyskrecje.
Piotr Nisztor powiadamia również Mariusza Kamińskiego, z którym spotyka się na Srebrnej. Opowiada mu że jest zastraszany i że obawia się o swoje życie.
Mariusz Kamiński z Jarosławem Kaczyńskim obawiają się wycieku taśm związanych z historią Skoku Wołomin, która obciąża w znacznym stopniu najważniejszych polityków Prawa i Sprawiedliwości, ale także śp. Lecha Kaczyńskiego i Andrzeja Dudę.
20 stycznia 2014 Paweł Wojtunik zapewnia Nisztorowi dyskretną ochronę.
Zostaje pełnym zakonspirowanym agentem CBA o pseudonimie „Jelinek”.
Nie jest już jak do tej pory Osobowym Źródłem Informacji (OZI) dla służb.
Przekazuje P. Wojtunikowi na spotkaniu z przydzielonymi agentami Andrzejem Ś. i Mariuszem Ch. nagrania, na którym słychać wysokich rangą funkcjonariuszy publicznych, biznesmenów i ministrów, wśród nich są także kolejne nagrania Bartłomieja Sienkiewicza.
Z tego ostatniego Wojtunik cieszy się najbardziej.
Nisztor prosi o jak najszybsze spotkanie z Markiem Falentą. Ten zaprasza Nisztora do swojej rezydencji w Konstancinie, w której dziennikarz czuje się jak u siebie.
Pierwszy raz pojawił się tutaj kilka miesięcy wcześniej, kiedy biznesmenowi przywiózł sprzęt do nagrywania.
Wtedy też zrobił szkolenie zaproszonym przez biznesmena dwóch kelnerów: Konrada Lassotę, Łukasza N., oraz Krzysztofa Rybkę – współpracownika biznesmena, który zajmował się zabezpieczaniem podsłuchów w lokalach.
Był basen, grill i wysokiej klasy alkohol.
Nisztor przekazał Falencie materiały od Mirosława G., w których mowa o tym, iż prokuratura jest w posiadaniu dokumentów podrobionych przez Marka Falentę, dotyczących rzekomego zablokowania milionowych środków na jego koncie.
Informuje Marka Falentę również o tym, że w siedzibie jego firmy funkcjonariusze planują przeszukanie i zabezpieczenie kolejnych dokumentów.
Marek Falenta przekazuje Piotrowi Nisztorowi dla jego informatora „kanapkę”.
KTO ZAPLANOWAŁ AFERĘ PODSŁUCHOWĄ
Piotr Nisztor i Marek Falenta do tego czasu przekazują Kamińskiemu kilkanaście godzin kompromitujących nagrań z ekskluzywnych lokali gastronomicznych, na których słychać najważniejszych polityków, urzędników, funkcjonariuszy służb, wojskowych, biznesmenów i dziennikarzy (w tym sex taśmy z klubów HUSTLER i VEGASCLUB).
W skład specjalnej grupy powołanej przez Jarosława Kaczyńskiego ds. podsłuchów wchodzili:
Mariusz Kamiński, Jacek Kurski, Martin Bożek, Ernest Bejda (byli funkcjonariusze CBA) oraz Stanisław Kostrzewski.
Do zespołu w późniejszym etapie dołączy ówczesny wiceszef ABW płk. Jacek Gawryszewski, który w tym samym czasie nadzoruje powołaną przez ministra Bartłomieja Sienkiewicza specjalną komórkę do wyjaśnienia sprawy podsłuchów.
Jacek Gawryszewski za swoje działania będzie jedynym wysokim oficerem w tej strukturze, który nie straci swojego stanowiska.
Ba – w nagrodę, w 2017 roku zostanie Ambasadorem RP w Santiago de Chile.
Po zakończonym spotkaniu powołanej przez Jarosława Kaczyńskiego grupy ds. podsłuchów, na Nowogrodzkiej odbywa się tajne spotkanie Nisztora i Falenty z Jarosławem Kaczyńskim i Mariuszem Kamińskim, na którym Piotr Nisztor i Marek Falenta otrzymują gwarancje bezpieczeństwa i godziwą zapłatę po obaleniu rządu Donalda Tuska.
Piotr Nisztor ma otrzymać swój autorski program w TVP1 i bezpieczeństwo finansowe – zapewnienie zatrudnienia w spółkach Skarbu Państwa dla jego rodziny, za poniesione straty.
Marek Falenta ma wyjść z problemów związanych z obrotem węgla, ale również otrzymuje zapewnienie, iż będzie koordynował tranzyty węgla z Rosji do spółek Skarbu Państwa.
Jarosław Kaczyński apeluje o spokój i rozwagę, aby nie popełnić na tym etapie żadnego błędu.
Mariusze Kamiński skrzętnie reżyseruje cały scenariusz działania.
Kamiński wie, że jest to jego jedyna szansa, aby uchronić się przed więzieniem. Dowody zebrane przez prokuraturę i postępowania sądowe, choć sprytnie opóźniane przez Kamińskiego, idą w jednym kierunku.
Sprawa dotyczy afer wyreżyserowanych przez Mariusza Kamińskiego w stosunku do Andrzeja Leppera (Sex Afera, Afera Gruntowa) na polecenie Zbigniewa Ziobro i Jarosława Kaczyńskiego.
Jak wiemy, dyskredytacja, a następnie osaczenie jednej z najważniejszych wtedy osób w Państwie – Andrzeja Leppera, zakończyło się jego tragiczną śmiercią (morderstwem).
Rozważają medium, w którym opublikują taśmy. Na rozmowy zapraszają Michała Lisieckiego, właściciela PMPG i WPROST.
Na Michała Lisieckiego mają wystarczająco dużo haków z jego przeszłości, aby był odpowiedni do tego działania.
Kaczyński nie obawia się tych haków pokazać.
REALIZACJA UMOWY Z KACZYŃSKIM
Zaraz po objęciu władzy przez PiS, prezes Jarosław Kaczyński dotrzymuje słowa.
Młodziutka Aleksandra Dołhan, 24-letnia narzeczona (teraźniejsza żona Piotra Nisztora) otrzymuje lukratywne posady jednocześnie w kilku spółkach Skarbu Państwa.
Otrzymuje jednocześnie trzy posady w spółkach kontrolowanych przez państwo: dwie posady w Polskiej Grupie Zbrojeniowej PGZ (sic!), mając dostęp do informacji niejawnych bez żadnego przeszkolenia, ale także miejsce w Radzie Nadzorczej PZU Centrum Operacji S.A.
Dołhan otrzymuje wysokie wynagrodzenia oraz wysokie nagrody pieniężne za rzekome wybijające się kompetencje.
24-letnia narzeczona Piotra Nisztora (bez wymaganych kompetencji) miesięcznie potrafiła zarobić więcej niż słynna asystentka prezesa NBP Adama Glapińskiego!
Książki Piotra Nisztora sprzedają się jak świeże bułeczki, bo w znacznych ilościach są zakupywane właśnie przez spółki Skarbu Państwa.
Często jest również zapraszany jako wykładowca oraz panelista, gdzie za swoje wystąpienia dostaje oczywiste dla wszystkich wynagrodzenia.
Także ojciec Piotra Nisztora – Zdzisław Nisztor otrzymuje pracę jednocześnie w PZU Armatura Kraków i w Energa – ZEP Centrum Wykonawstwa.
Janusz Piechociński na prośbę Piotra Nisztora, zażądał bezkarności dla osób, które organizowały nagrania.
Jan Bury nigdy nie zorientował się, że dziennikarz pracował na kilka frontów.
PIOTR NISZTOR
Ponad 6 000 godzin rozmów i ponad 1600 spotkań najważniejszych ludzi w państwie, polityków, biznesmenów, funkcjonariuszy publicznych, ludzi służb i dziennikarzy.
Warszawski Sąd Okręgowy który skazuje Marka Falentę na dwa i pół roku więzienia otrzymał jedynie 700 godzin nagrań rozmów z około 90 spotkań.
Co stało się z wyciekiem takiej ilości nagrań? I gdzie znajdują się sex taśmy z warszawskich burdeli nazywanych elegancko klubami nocnymi HUSTLER i VEGASCLUB?
CDN.
Bogdan Węgrzynek
submitted by BlackDevil13 to u/BlackDevil13 [link] [comments]


2018.02.13 19:52 ishi_hauser Zdecydowanie więcej niż chciałbyś wiedzieć o Polskiej Fundacji Narodowej - Timeline

O jeny, ile czytania!

Poniższy tekst to krótki zbiór artykułów prasowych na temat Polskiej Fundacji Narodowej który popełniłem siedząc dzisiaj na toalecie. W założeniu ma przybliżyć czytelnikowi (niepełną) historię tejże (fundacji, nie toalety!). Za urazy mózgu nie odpowiadam.
Polecam przeczytać całe, bo przeszłość mają bardzo ciekawą.
submitted by ishi_hauser to Polska [link] [comments]


2017.11.02 23:23 golarka1 Patryki Jaki, czyli „bieda urojona”

Kilka dni temu jakiś stażysta z Gazety.pl uznał, że ma świetny pomysł na ośmieszenie Patryka Jakiego i wrzucił zdjęcie wyżej wymienionego w stroju a la „Rycerz Ortalionu”, dodając do zdjęcia podpis „Dziś wiceminister i wróg Gronkiewicz-Waltz. A w młodości stał pod blokiem”. Co zrozumiałe, ta kretyńska wrzutka została momentalnie obśmiana i gdyby na tym obśmianiu się skończyło, to nie zawracałbym sobie i Wam dupy cała sprawą. Jednakowoż tak się jakoś złożyło, że dojnozmianowi królowie bajeru użyli tej wrzutki do zmitologizowania Patryka Jakiego i do budowania wygodnej dla siebie narracji. Pozwolę sobie zacytować fragment wpisu, który Patryk Jaki (albo jakiś zasiadacz z jego konta) umieścił na jego fanpejdżu:
„Musze Wam wyznać - tak, to prawda. Stałem pod blokiem, nawet w nim mieszkałem-tak jak miliony Polaków. Nie każdy miał wille w PL lub Szwecji. Nie każdy miał w życiu z górki jak resortowe dzieci. Trzeba było pracować dwa razy ciężej, żeby coś w życiu osiągnąć. I boli ich to, że taki ktoś "ze zwykłego osiedla" przecina układy, zabiera im państwo, które sobie sprywatyzowali. Zrobili sobie z Polski prywatne eldorado i teraz kiedy im to odbieramy-to gryzą.” (…) Nie rozumiem argumentu, że ktoś jest "zły", bo pochodzi z biedniejszej rodziny. Właśnie taki sposób myślenia pokazuje pogardę "elyty" w stosunku do zwykłych Polaków, którzy odebrali GW władzę w demokratycznych wyborach.”
Nieco później wrzucił na TT swoje zdjęcie z dzieciństwa opatrzone podpisem „To ja, kiedy po raz pierwszy #stałemPodBlokiem Już wtedy GW zdecydowała, że podobny motłoch nie będzie decydować o Polsce”.
Gdybyśmy chcieli jakoś skompresować tę narrację (i późniejsze zabiegi rządowych mediaworkerów i internetowych dronów dobrej zmiany, mające na celu zmitologizowanie Jakiego), wyszło by nam coś w rodzaju „zwykły człowiek, pochodzący z biedniejszej rodziny, walczy z układem, który trawił Polskę od dawna i ten układ się mści, próbując nam tłumaczyć, że biedny nie ma wstępu do polityki”. W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję. Przywykłem do tego, że politycy (wspierani szkoleniami za dziesiątki tysięcy złotych i mózgami spindoktorów, których zadaniem jest mieszanie nam w łbach) robią nas w wała. Przywykłem do tego, że potrafią oni „zakręcić” każdą historię tak, żeby suweren (czyli my) zrozumiał ją tak, jak oni chcą, żebyśmy ją zrozumieli. I nie chodzi mi w tym momencie o polityków PiS-u (czy innej Zjednoczonej Zarazy), ale o polityków w ogóle. Tym niemniej, nawet wziąwszy powyższe pod rozwagę, w pale mi się, kurwa, nie mieści to, jak kurewsko bezczelną ściemę usiłuje się nam wcisnąć. Tak się bowiem składa, że z tej narracji prawdą jest tylko to, że Jaki nie miał willi (ani w Szwecji, ani w PL) - cała reszta to zwykła ściema. To napisawszy, zapraszam Was na spotkanie ze „zwykłym człowiekiem z osiedla, pochodzącym z biedniejszej rodziny, który musiał pracować ciężej niż inni, tylko po to, żeby móc teraz walczyć z układem (o tym, że „układ” traktuje go jak „motłoch” wspominać nie trzeba).
W tekście chciałem się skupić jedynie na „zwykłym człowieku z biedniejszej rodziny”, ale w trakcie grzebania w internetach trafiłem na artykuł o ojcu Patryka Jakiego – Ireneuszu Jakim. Artykuł pojawił się na portalu „Nowa Trybuna Opolska”, który to portal, jak sama nazwa wskazuje, jest portalem regionalnym. Artykuł, o wiele mówiącym tytule, „Szara eminencja zwolniona za syna?” pojawił się na portalu w marcu 2007 roku. Poniżej zamieszczam dłuższy fragment artykułu (wszystkie linki znajdziecie w źródłach):
„Ireneusz Jaki, doradca prezydenta Ryszarda Zembaczyńskiego, nieoczekiwanie dostał wypowiedzenie. Informacja obiegła urząd miasta w końcu ubiegłego tygodnia. Niektórzy urzędnicy wysyłali sobie nawet sms-y w tej sprawie. - Proszę się nie dziwić, to nie była lubiana postać - mówi nam jeden z urzędników. - Poza tym dla wielu z nas taka informacja była szokiem.
Bo Jaki - jeszcze do niedawna - należał do najbardziej zaufanych osób prezydenta. Gdy jesienią 2002 roku - tuż po wygranych wyborach - prezydent obejmował ratusz, jako pierwszego zatrudnił właśnie Jakiego. Obaj panowie znają się od wielu lat. Jaki był m.in. szefem gabinetu wojewody, gdy Zembaczyński kierował urzędem wojewódzkim.
Rolą Jakiego w ratuszu była pomoc w organizacji pracy prezydenta. Był także dodatkową parą oczu i uszu najważniejszej osoby w urzędzie. Zembaczyński darzył swojego asystenta wielkim zaufaniem i potrafił docenić. W 2002 r. - ledwie po sześciu tygodniach pracy - Jaki dostał od niego 2 tys. zł nagrody. W połowie ubiegłego roku przyznano mu 4 tys. zł dodatkowej gratyfikacji, a na początku 2007 r. jego stanowisko podwyższono do rangi doradcy. - W urzędzie odebrano to jako awans osoby, która i tak zachowywała się, jakby była czwartym wiceprezydentem miasta - opowiada jeden z urzędników.”
Nie wiadomo jak długo Ireneusz Jaki był szefem gabinetu wojewody i ile tam zarabiał, ale można spokojnie założyć, że raczej nie pracował za grosze. Gdyby bowiem tak było, to raczej nie zdecydowałby się na pracę dla Zembaczyńskiego (który był członkiem Platformy Obywatelskiej), kiedy ów został prezydentem Opola. Niestety, na stronie Biuletynu Informacji Publicznej miasta Opole nie ma żadnych oświadczeń majątkowych Ireneusza Jakiego z czasów, kiedy był zatrudniony „pod” Zembaczyńskim. W międzyczasie (w okolicach 2001 roku) Ireneusz Jaki pracował w wodociągach w Opolu. Mówił o tym sam Patryk Jaki, w rozmowie, w której Robert Mazurek grillował go za to, że Ireneusz Jaki dostał fuchę w wodociągach po tym, jak popierany przez Jakiego Arkadiusz Wiśniewski został prezydentem Opola. Jaki powiedział, że „mój tato pracował w tej firmie wtedy, kiedy ja miałem 16 lat i jeszcze nie zajmowałem się polityką”. W tym miejscu warto zaznaczyć, że wszelkiej maści spółki miejskie od dawien dawna są paśnikami dla ludzi, którzy mają koneksje. Bardzo rzadko zdarza się, żeby trafił tam ktoś „przypadkowy”. Na moment powróćmy do artykułu z NTO. „Szara eminencja”, „od dawna zachowywał się jakby był czwartym wiceprezydentem” - taki a nie inny dobór słów dość jednoznacznie sugeruje, że Ireneusz Jaki (rzecz jasna przed „wylotem”) musiał mieć spore wpływy w Opolu.
No dobrze, ktoś może powiedzieć, ale z tego przecież wcale nie musi wynikać, że Patryk Jaki nie miał „pod górkę”, nieprawdaż? Musieć nie musi, ale jak się zaraz przekonacie, owszem, wynika. Insza inszość to fakt, że ciężko mi uwierzyć w to, że Jakiemu się „biednie żyło”. Tzn. ok – nie twierdzę, że to była rodzina milionerów, ale nie uwierzę w to, że ojciec Patryka Jakiego trzymałby się przez tak długi czas jakiejś gównianej posady, w której zarabiałby na tyle mało, żeby nie być w stanie utrzymać rodziny. Poza tym, zachowanie Patryka Jakiego nie wskazuje na to, żeby brak płynności finansowej w rodzinie był dla niego jakimkolwiek problemem.
Na stronie Patryka Jakiego możemy przeczytać, że „Pracował jako dziennikarz w opolskiej gazecie. Następnie zajmował się marketingiem i promocją jako specjalista w Międzynarodowej Wyższej Szkole Logistyki i Transportu we Wrocławiu. Następnie kierował oddziałem SKOK na region opolski, potem pracował w administracji, prowadził biuro poselskie”
Na pierwszy rzut oka wygląda do imponująco. Szczególnie jeżeli weźmiemy pod rozwagę fakt, że Patryk Jaki zdawał maturę w 2004 roku, zaś kolejna pozycja jego CV (o której rozpiszę się nieco dalej) datowana jest na 2006 rok. Można by z tego wywnioskować, że nasz „zwykły człowiek” był niesamowitym pracusiem, nieprawdaż? Tylko że z tym CV są pewne problemy. W 2006 roku Patryk Jaki został radnym (o tym też za moment szerzej napiszę) i jako radny musiał złożyć oświadczenie majątkowe za rok 2006. W oświadczeniu tym są dwie pozycje.
„Powiatowy Urząd Pracy – staż – 1616.6 zł w 2006 roku”
oraz
„Umowa zlecenie w Biurze Senatorskim Senatora Ryszarda Ciecierskiego – 1428 zł w 2006 roku”
W tym miejscu pragnę zauważyć, że imię i nazwisko senatora zostało tak bardzo „nabazgrane”, że musiałem tego szukać przez stronę PKW (sprawdziłem kto w tamtym czasie był senatorem w odpowiednim okręgu). Czemu Jaki nie chwali się tą konkretną fuchą? Bo senator Ciecierski był z PO. Z tego by wynikało, że wszystkie te fuchy Jaki musiał „odbębnić” w latach 2004-2005. Doprawdy, imponujące. Dochód, osiągnięty przez Patryka Jakiego w 2006 wskazuje na to, że praca była dla niego raczej „dodatkowym zajęciem”, niż źródłem utrzymania. Gdyby bowiem Jaki faktycznie miał problemy ze związaniem końca z końcem, to zapieprzałby gdziekolwiek, byle tylko zarobić trochę grosza (tak jak to robią zwykli ludzie, z którymi, zdaniem Jakiego, tak wiele go łączy). Dowodów na „zapieprzanie” nie ma, są za to dwie fuchy, które przyniosły mu raczej mizerny dochód.
Rok 2006 jest o tyle interesujący, że to właśnie wtedy Patryk Jaki wystartował w wyborach samorządowych (z list PO). Wybory samorządowe (konkretnie zaś „startowanie na radnego”) nie są tak obciążające finansowo, jak wybory do parlamentu, ale bez kasy raczej nie ma sensu się w to bawić. Trzeba mieć jakieś ulotki, trzeba mieć jakieś plakaty (billboard byłby dla 21-latka lekkim overkillem, ale nie wiadomo, czy ich nie miał). Ciężko stwierdzić, ile Jaki wydał na tę kampanię, ale na pewno nie zorganizował jej sobie za darmo. Insza inszość to fakt, że na listach wyborczych „dużych partii” nie można się znaleźć przez przypadek. Upraszczając: albo bierze się tam ludzi, których chce się „wsadzić” do rady miasta, albo tych, którzy mają ściągnąć trochę głosów po to, żeby inni się dostali (w tym celu na listy wpuszcza się rozpoznawalnych ludzi, ale nie wspiera się ich logistycznie, żeby przypadkiem się nie dostali). 21-letni Patryk Jaki raczej nie zaliczał się do tej drugiej kategorii i dostał miejsce na liście w tym samym okręgu, z którego startował szef Ireneusza Jakiego, Ryszard Zembaczyński (prezydenci startują w wyborach do RM, żeby „pompować” głosy na swoje listy do rady miasta), tak więc dostał miejsce tam, gdzie miał sporą szansę na mandat radnego. Patryk Jaki z szansy tej skorzystał i w 2006 został radnym (oddano na niego 342 głosy).
„Zwykły człowiek” niezbyt długo był radnym PO, bo bardzo szybko się „zbuntował”. Na Wikipedii możemy przeczytać, że „wkrótce po wyborach opuścił to ugrupowanie i ponownie (bo wcześniej był w Forum Młodych PiS) związał się z Prawem i Sprawiedliwością. W artykule na temat „szarej eminencji” możemy przeczytać, że „Sam Jaki argumentował odejście tym, że w Platformie nie ma już miejsca dla konserwatystów, a PO skręca na lewo.”. Biorąc pod rozwagę fakt, że Patryk Jaki jest betonem światopoglądowym, brzmi to całkowicie przekonująco, nieprawdaż? Tyle, że to ściema. W 2006 roku wojna totalna między PO i PiS-em, będąca efektem nieudanego eksperymentu o nazwie „POPiS”, trwała w najlepsze. Partie te starały się wyrywać sobie nawzajem polityków i to na wszystkich szczeblach. Moim zdaniem, Patryk Jaki zdecydował się na przejście do PiS-u z przyczyn stricte finansowych. W 2005 roku PiS wygrał wybory i ta partia miała po prostu więcej do zaoferowania. Patryk Jaki napisał na swojej stronie, że „w 2006 roku został członkiem gabinetu politycznego Wojewody Opolskiego.” (gwoli ścisłości, to musiała być sama końcówka 2006, bo wynagrodzenie z tego tytułu Jaki pobierał dopiero w roku 2007). Z wojewodami to jest tak, że wymienia ich ten, kto wygrywa wybory parlamentarne. W 2005 wygrał je PiS, więc Wojewodą Opolskim został należący do tej partii Bogdan Tomaszek. Czym zajmował się tam Patryk Jaki? Tego nie wiemy, bo główny zainteresowany nie wdaje się w szczegóły. Bez trudu można za to ustalić ile Jaki tam zarabiał. Jeżeli ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czym kierował się Jaki zmieniając barwy partyjne, to lektura jego oświadczenia majątkowego na rok 2007 powinna je rozwiać.
Urząd Wojewódzki – ok 2.800 zł (m-c)
Biuro Poselskie - ok 2000 [czyli jakieś 166 zł/mies – przypis mój własny]
Dieta radnego – ok 1700 zł (m-c)
Biuro Senatorskie – ok 700 (m-c) – do listopada 2007 [najwidoczniej senator nie uzyskał reelekcji – przypis mój własny]
Stypendium naukowe Uniwersytetu Wrocławskiego 270 zł (m-c)
Widać wyraźnie, że kariera polityczna Jakiego przełożyła się na poprawę jego osobistej sytuacji finansowej. Najpierw podjął decyzję o starcie do rady miasta (z listy PO) – co dało mu 1700 zł/mies, a potem zmienił barwy partyjne, na czym zyskał kolejne 3440 zł/mies. W taki oto sposób „zwykły człowiek”, mając 22 lata, zarabiał 5140 zł miesięcznie (+ stypendium). Zwykły człowiek poczuł się na tyle pewnie, że w tym samym roku zakupił mieszkanie warte 185 tysięcy złotych. Nie wiem, jak wysoki miał „wkład własny”, ale w oświadczeniu majątkowym stoi, że ma do spłacenia 140.000 złotych kredytu hipotecznego. Patryk Jaki wpisał również w oświadczeniu majątkowym Deawoo Nubirę wartą 12 tysięcy złotych (którą kupił za gotówkę, bo w oświadczeniu nie ma wzmianki o kredycie). Muszę przyznać, że jak na człowieka „z biedniejszej rodziny”, który „musiał pracować 2 razy więcej niż inni”, nasz „zwykły człowiek” radził sobie nadspodziewanie dobrze.
W kolejnym roku sytuacja finansowa Jakiego uległa pogorszeniu, bo Urzędy Wojewódzkie wzięła Platforma (po wygranej w wyborach 2007) i, ujmując rzecz kolokwialnie, Patryka Jakiego z PiS zastąpił Patryk Jaki z PO.
W oświadczeniu majątkowym za rok 2008 są już tylko dwie pozycje.
Biuro Poselskie – ok 15 tys. zł
Radny Miasta Opole – ok 21 tys. zł
(Nadal miał do spłacenia 140 tys* zł kredytu hipotecznego, a mieszkanie straciło na wartości i w oświadczeniu wpisał, że było warte 160 tys. zł (w poprzednim roku było to 185 tys. zł). Tym niemniej, dochody rzędu 36 tys rocznie, to dobry wynik, jak na 23-letniego studenta.
Według oświadczenia majątkowego za rok 2009. Patryk Jaki zarabiał 1300 zł/mies w biurze poselskim i 1800 zł/mies jako radny (w ciągu roku dało to 37.200). Nadal miał on do spłacenia 140 tys* kredytu hipotecznego + kredyt konsumencki ok 9 tys. Wpisał on również 3 tysiące złotych w rubryce „środki pieniężne zgromadzone w walucie polskiej”.
W 2010r. Jakiemu doszedł dodatkowy dochód (dostał fuchę w biurze poselskim prof. Legutki).
Jako radny zarobił 19200 zł (do listopada 2010). W Biurze Poselskim kolejne 15 tysięcy, a w biurze eurodeputowanego około 12 tysięcy. W sumie dało mu to roczny dochód rzędu 46.200 zł. Jeżeli chodzi o kredyty, to miał on do spłacenia 140 tys*. złotych kredytu hipotecznego i 11 tysięcy złotych kredytu konsumenckiego.
*W tym miejscu krótka dygresja. Przepatrywałem sobie (dla porównania) inne oświadczenia majątkowe i ludzie przeważnie wpisywali w nich pierwotną kwotę kredytu oraz to ile mają jeszcze do spłacenia. Patryk Jaki co roku wpisywał pierwotną kwotę. Druga możliwość jest taka, że Patryk Jaki miał fantazje i spłacał kredyt tak, żeby co roku zostawało mu jeszcze 140 tysięcy zł długi (nie, nie przeproszę za ten suchar).
W 2010 roku Patryk Jaki po raz drugi wystartował w wyborach samorządowych i po raz drugi został radnym. Mimo tego, że startował z innego okręgu, oddano na niego 842 głosy. Dało mu to najlepszy wynik spośród kandydatów z listy PiS i został przewodniczącym klubu radnych tej partii.
W 2011 roku Patryk Jaki wystartował w wyborach do Sejmu. Startował, rzecz jasna, z listy Prawa i Sprawiedliwości. Miał 8 miejsce na liście, ale uzyskał 3 wynik i został posłem (PiS uzyskał 3 mandaty w okręgu 21). Jaki musiał sporo zainwestować w kampanię w całym okręgu (25 tys kredytu konsumenckiego, który zaciągnął w 2011 roku, raczej by mu na to nie wystarczył), bo głosy z samego Opola nie dałyby mu mandatu poselskiego (w Opolu zagłosowało na niego 2070 osób). Pochylanie się nad kolejnymi oświadczeniami majątkowymi Patryka Jakiego nie ma sensu (acz, jeżeli ktoś chce tam poszperać, to link do odpowiedniej strony znajduje się w źródłach). Dość powiedzieć, że jako poseł zarobił w 2012 roku (to był pierwszy, pełny rok jego „posłowania”) 147 tysięcy złotych. Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, ze w 2012 roku Patryk Jaki miał 27 lat.
I tak sobie teraz myślę. Kiedy ten „zwykły człowiek”, który „musiał pracować dwa razy więcej od innych”, bo „nie miał z górki jak resortowe dzieci” cierpiał tę, kurwa, biedę o której wspominał? Może wtedy, gdy mógł sobie pozwolić na jakieś, za przeproszeniem, gównostaże i umowy zlecenia, zamiast zapieprzać jak „zwykli ludzie”, którzy mają problemy z dociągnięciem do 1-go? A może wtedy gdy prowadził kampanię wyborczą do rady miasta? Kiedyż to syn opolskiego notabla miał „pod górkę” tak bardzo, że aż musiał się wyżalić we wpisie na FB? Wtedy gdy dostał miejsce na liście od szefa swojego ojca i to w okręgu, w którym prawie pewne było, że jeżeli się trochę postara, to dostanie mandat radnego? A może cierpiał biedę wtedy, gdy zmienił barwy partyjne (na czym zyskał prawie 3.5 tysiąca złotych miesięcznie)? A może „miał pod górkę” kiedy w wieku 22 lat kupił sobie mieszkanie (dysponując wkładem własnym)? Nie chciałbym być źle zrozumiany. Ja mam w dupie to, ile ten człowiek zarabia, ale niech łaskawie, do kurwy nędzy, nie udaje, że „wyszedł z biedy dzięki swojej ciężkiej pracy” i że „miał pod górkę”, bo ogromna większość Polaków chciałaby mieć tak samo pod górkę jak on. Wisienką na torcie jest fakt, że w czasie, w którym Patryk Jaki był radnym, nie miał (poza stypendium), ani jednego „pozapolitycznego” źródła dochodu. Nie miał, bo nie musiał mieć, dzięki ziomkom z partii, którzy obdarowywali go fuchami (Urząd Wojewódzki/biuro senatorskie/biuro poselskie/biuro europosła). I tak człowiek, ma, kurwa, czelność stawiać znak równości między sobą, a ludźmi, którzy mieli naprawdę przesrane i zamiast bawić się w politykę, musieli zapieprzać nierzadko naście godzin dziennie.
Niestety, Patryk Jaki nie poprzestał na opowiadaniu bredni o „mieniu pod górkę” i musiał jeszcze dodać, że on teraz „przecina układy”/etc. Jest w tym nieco prawdy, ale tym, czego Patryk nie napisał jest to, że stare układy zastępuje swoimi. O tym, że Ireneusz Jaki dostał fuchę w Wodociągach po tym, jak kolega Jakiego wygrał wybory prezydenckie w Opolu – już wspominałem. Tym niemniej stołek dla ojca blednie w kontekście kariery, jaką w Opolu robi były asystent Patryka Jakiego, Marcin Rol.
Marcin Rol dostał się do rady miasta Opola w 2014 roku. Jako radny musiał złożyć oświadczenie majątkowe. W oświadczeniu tym możemy przeczytać, że Marcin Rol miał 1000 złotych, jako „środki pieniężne zgromadzone w walucie polskiej”
Prócz tego
Umowy-zlecenia (Klub Parlamentarny Solidarna Polska) 7199.60 zł netto. Umowy o dzieło (Klub Poselski Sprawiedliwa Polska) 12.432 zł netto. Umowy o dzieło (Biuro Poselskie Posła na Sejm RP Patryka Jakiego) 18.600 zł netto.
Po zsumowaniu daje nam to 38.231 złotych i 60 groszy (miesięcznie pan Marcin Rol zarabiał około 3180 złotych). Moim skromnym zdaniem, całkiem nieźle, jak na 24-latka.
13 stycznia 2016 roku Marcin Rol został wiceprezydentem Opola, cytując GW: „Arkadiusz Wiśniewski argumentował wówczas tę nominację względami politycznymi i umową, jaką zawarł z obecnym wiceministrem sprawiedliwości Patrykiem Jakim przed wyborami samorządowymi.” Oświadczenie majątkowe Marcina Rola za rok 2016 wyglądało następująco:
27.300 zł jako „środki pieniężne zgromadzone w polskiej walucie”
1438.1 zł w Funduszu Inwestycyjnym
Akcje GPW na kwotę 13.161zł Akcje w spółkach handlowych: Energa – 203, Kania 1360, ECZ -7874, POLWAX – 234
Pan Marcin Rol został również członkiem Rady Nadzorczej Śląskiego Rynku Hurtowego Obroki, Sp Z.O.O, (Katowice, ul Obroki 130). Jako członek rady nadzorczej zarobił 50.029,68 złotych
Jako wiceprezydent Opola pan Marcin Rol zarobił 108.884,87 złotych W ramach diety radnego (którą wypłacono mu za pierwszą połowę stycznia) otrzymał 812 złotych Za bycie członkiem rady nadzorczej Euro-eko otrzymał 2.374 złote (01/2016) Umowa o pracę – 329,15 zł (01/2016)
Kronikarski obowiązek każe wspomnieć o tym, że pan Marcin Rol w 2016 roku skończył 26 lat. Jego błyskawiczna kariera nie umknęła uwadze mediów i internautów, dzięki czemu mogliśmy się dowiedzieć, jak bardzo skromnym człowiekiem jest pan Marcin Rol.
Kiedy przypomniano mu, że sam krytykował członka SLD (Tomasza Grabowskiego), który w wieku 23 lat zasiadał w dwóch radach nadzorczych, odpowiedział, że „Nie poczuwam się do jakiegokolwiek porównywania naszej dwójki, gdyż pan Garbowski zasiadał jednocześnie w dwóch radach nadzorczych, a ja obecnie zasiadam w jednej.” Innymi słowy „może i zarabiam 50 tysięcy rocznie za zasiadanie w radzie nadzorczej, ale to nie jest istotne, bo inni zasiadali w dwóch radach jednocześnie!”.
Kiedy pytano go o to, czy ma doświadczenie, stwierdził, że w spółce państwowej, w której zasiada, "majątek jest wielokrotnie mniejszy aniżeli majątek, którym zarządza jako wiceprezydent Opola. (…) Rol wylicza dalej, że przez ponad rok był radnym Opola i kontrolował działania prezydenta miasta. Przypomina, że wcześniej pracował w Sejmie dla kilku klubów parlamentarnych oraz przez wiele lat był pracownikiem biura poselskiego.”
Gdybyśmy chcieli to uprościć, to tłumaczenie Rola wyglądałoby następująco: Uważa on, że nie ma problemu w tym, że siedzi w radzie nadzorczej (którą to fuchę dostał z przyczyn stricte politycznych), bo jest wiceprezydentem Opola (którą to fuchę dostał z przyczyn politycznych), a wcześniej pracował dla klubów parlamentarnych i był pracownikiem biura poselskiego (które to fuchy, dostał z przyczyn stricte politycznych [bo przypadkowi ludzie nie pracują w takich miejscach]). Muszę przyznać, że mnie przekonał.
Gwoli ścisłości, kariery Jakiego i Rola są mocno „standardowe” w świecie polityki. Cwaniaki, pokroju tych dwóch panów, bardzo szybko orientują się, że w polityce najlepiej sprawdzają się układy i albo się do jakiegoś przyłączają, albo montują swój własny (względnie, tak jak Jaki, najpierw się do jakiegoś przyłączają, a potem budują własny [w oparciu o środki uzyskane w ramach działalności w poprzednim układzie]). Politycy innych formacji nie wyrywają się z krytyką takich mechanizmów, bo sami z nich korzystają. Lepiej siedzieć cicho (i tylko od czasu do czasu coś warknąć, żeby suweren myślał, że „warczący” jest ulepiony z innej gliny i on „nigdy czegoś takiego nie zrobi”), kiedy inny się pasie przy korycie, niż nagłaśniać sprawę i samemu się pozbawić możliwości „pasienia”.
Tak już na sam koniec. Narracja, budowana przez Jakiego i innych prawicowych królów bajeru, których połączyła kasa, tzn. „Zjednoczona Prawica”, pokazuje, jak bardzo pewne siebie jest to środowisko (jest również w chuj bezczelne, ale ta bezczelność wynika z pewności siebie właśnie). Tylko pewnością siebie można bowiem wyjaśnić to, że ktoś tam uznał, że należy budować narrację w myśl której „Jaki reprezentuje biedę” i oprzeć ją na tym, że Patryk Jaki ma zdjęcie w dresach. Gdyby nie to, że to jest tak skurwysyńsko bezczelne, byłoby to nawet zabawne.
źródło (ze źródłami): https://www.facebook.com/kreatywnehejterstwo/posts/1804814606252555
submitted by golarka1 to Polska [link] [comments]


2016.12.09 22:27 Technolog Dziennikarze znający Krzysztofa Ziemca dziwią się, że swą twarzą uwiarygadnia manipulacje „Wiadomości”.

Dziennikarze znający Krzysztofa Ziemca dziwią się, że swą twarzą uwiarygadnia manipulacje „Wiadomości”.
Gdy w ostatnich latach wielu dziennikarzom coraz trudniej było ukrywać polityczne sympatie i antypatie, jemu nerwy nie puszczały. Koledzy dziennikarze to doceniali. Nominację do Nagrody Radia Zet im. Andrzeja Woyciechowskiego uzasadniano: "za obiektywizm i bezstronność, w szczególności za współprowadzenie debaty przed wyborami prezydenckimi w TVP 1". Redakcje nominujące go do tytułu Dziennikarza Roku 2015 pisały m.in.: "za obiektywizm prowadzonych programów telewizyjnych w gorącym okresie".
Krzysztof Ziemiec na punkcie bezstronności i obiektywizmu zawsze był czuły. - Jeżeli miał coś autoryzować swoim nazwiskiem, bardzo dbał o to, żeby to było wyważone - zapamiętała Amelia Łukasiak, która dziewięć lat temu była szefową programów informacyjnych w Telewizji Puls, gdzie Ziemiec prowadził informacyjny "Puls raport".
Wartości nadrzędne
Ci, którzy znają Krzysztofa Ziemca, zapewniają, że na co jak na co, ale na manipulacje to on był odporny. Pomagają mu w tym wartości zaszczepione już w dzieciństwie. Wychowywał się w 40-metrowym mieszkaniu, w którym mieszkały cztery osoby. To był zwykły blok na warszawskim Mokotowie, ale mieszkała w nim inteligencja: nauczyciele, lekarze, wykładowcy. Mama Krzysztofa Ziemca była lekarką, ojciec - inżynierem. Należał do podwórkowej paczki, z którą trzymał się też w szkole i harcerstwie.
Jego poglądy i sposób patrzenia na świat ukształtowały wtedy obie babcie. Przekazały mu one wartości, które określił w rozmowie z Opoka.org.pl: "Gdybym powiedział: Bóg, Honor, Ojczyzna, to byłoby patetyczne, ale mimo tego z uporem krążyłbym wokół tych trzech idei. Po prostu być przyzwoitym".
Rodzice chcieli, żeby miał konkretny zawód. Dlatego po ukończeniu jednego z lepszych w Warszawie Liceum im. Tadeusza Reytana poszedł na Politechnikę Warszawską, gdzie rozpoczął studia na Wydziale Inżynierii Ochrony Środowiska. Krzysztof Ziemiec miał być specjalistą od budowy wodociągów i oczyszczania wody. Na czwartym roku podjął dodatkowe studia na kierunku budownictwo wodne. Zaliczył na nim przez rok trzy lata nauki. "Byłem nastawiony na to, żeby być takim budowlańcem z krwi i kości, który będzie potrafił wszystko i nikt go nie zagnie na budowie" - opowiadał w marcu 2013 roku uczniom Zespołu Szkół nr 1 (technikum i zasadnicza szkoła zawodowa) w Mławie.
Jednak młody Ziemiec miał też marzenie: chciał zostać dziennikarzem, najlepiej radiowym. Zaraził się nim już wtedy, gdy z rodzicami wyjeżdżali na wakacje i pod namiotem słuchali małego radia tranzystorowego. O swoim marzeniu długo nikomu nie mówił. Wstydził się, że gdy inni się o nim dowiedzą, popukają się w czoło.
Jednak nie odpuścił i po obronie pracy magisterskiej rozpoczął podyplomowe studia dziennikarskie. Uczył się w pracowni radiowej polsko-amerykańskiego studium dziennikarskiego.
Był początek lat 90., okres spektakularnych i szybkich karier. Powstające wtedy polskie firmy i wchodzące do Polski zagraniczne koncerny poszukiwały młodych zdolnych specjalistów. Wystarczyło mieć skończone studia i znać angielski. Krzysztof Ziemiec też trafił do takiej dobrze prosperującej wtedy firmy. Miał dwadzieścia kilka lat, dostał stanowisko, biurko i służbowy samochód, a także pensję wyższą od tego, co zarabiał jego ojciec. Po latach opowiadał, że zdawał sobie sprawę z tego, iż coś jest nie tak: "Czułem, że jestem za młody, że za wcześnie, za szybko i że nie zasłużyłem jeszcze na to wszystko, co dostałem ot tak sobie".
W 1994 roku Program III Polskiego Radia szukał nowych głosów, które ożywiłyby tę rozgłośnię. Krzysztof Ziemiec zgłosił się. Miał radiowy głos i łatwość poprawnego mówienia do mikrofonu. Współpracował wtedy też jako fotoreporter z tygodnikiem "Nowe Państwo". Po wprowadzeniu go w tajniki pracy w Trójce szybko rzucono go na głęboką wodę - zaczął prowadzić audycję "Zapraszamy do Trójki". Przez kolegów i koleżanki z Trójki został zapamiętany jako dobry prowadzący. Ale też taki, który, gdy zauważył np. próby wpływania na dziennikarzy przez szefów, potrafił się postawić. - Widziałam go w kilku takich trudnych sytuacjach i zachowywał się jak trzeba - mówi Magda Jethon, wieloletnia dziennikarka radiowej Trójki.
W 2001 roku startował pierwszy w Polsce telewizyjny kanał informacyjny TVN 24. Krzysztof Ziemiec postanowił wykorzystać szansę i przeskoczyć z radia do gwarantującej większą popularność telewizji. - Pojawił się w pierwszej grupie zatrudnianych dziennikarzy - mówi jeden z ówczesnych szefów TVN 24. Prowadził tam serwisy informacyjne.
Po dwóch latach Krzysztof Ziemiec dostał kolejną szansę. TVP reformowała swój serwis informacyjny - "Wiadomości", które przy "Faktach" TVN i tym, co oferował TVN 24, wyglądały siermiężnie. Jednak to nadal był najpopularniejszy program telewizyjny z kilkumilionową widownią. Zmieniono studio, oprawę graficzną na nowocześniejszą, muzykę do czołówki skomponował Piotr Rubik. Byli też potrzebni nowi prowadzący. Wśród nich znalazł się Krzysztof Ziemiec, który wkrótce zaczął prowadzić "Wiadomości" na zmianę z Dorotą Wysocką-Schnepf. "Wiadomości" w nowej odsłonie zostały zaprezentowane w październiku 2004 roku.
Nowy prowadzący stawał się popularny. Został zaproszony do udziału w programie sylwestrowym TVP 1, który prowadzili Wojciech Mann i Krzysztof Materna. Ziemiec wystąpił obok m.in. mającej już wtedy status gwiazdy Moniki Olejnik, przedstawiając dobre wiadomości i prognozy na nowy 2005 rok.
Na zsyłce
Wszystko szło dobrze do września 2006 roku. Wtedy dostał propozycję nie do odrzucenia: będzie prowadził główne wydanie serwisu informacyjnego Jedynki tylko w co drugi weekend. Nie bał się wtedy zakomunikować swoim szefom, że ta propozycja bardzo mu się nie podoba. "Jestem zaskoczony, a przede mną bardzo trudna decyzja: przyjąć ofertę, która mi się nie podoba, czy szukać innej pracy - mówił w "Presserwisie".
Trochę ponad miesiąc później zaczął od poniedziałku do piątku prowadzić główny serwis Dwójki - "Panoramę" o godz. 22.30. To była dla niego zsyłka. Po potędze tego programu z lat 90. pozostało już tylko wspomnienie. "Panorama" coraz szybciej traciła wtedy widzów, m.in. dlatego, że często zmieniano pory jej emisji.
Ziemiec w telewizyjnej Dwójce przetrwał niecały rok. We wrześniu 2007 roku złożył wypowiedzenie. Przechodził do Telewizji Puls, w którą zainwestował koncern News Corp. Ruperta Murdocha.
Amelia Łukasiak, szefowa Ziemca w Pulsie, właśnie z tego okresu zapamiętała, że dla niego najważniejsze były obiektywizm i bezstronność. - On był tak pryncypialny, że czasami sama mu mówiłam: nie musisz być taki przezroczysty. Tym bardziej w prywatnej telewizji, bo widzowie lubią wyrazistych dziennikarzy - wspomina Amelia Łukasiak.
Wypadek
W niedzielę wieczorem 22 czerwca 2008 roku jego żona Danuta podgrzewała parafinę kosmetyczną, którą stosowała na pękającą skórę na dłoniach. Zapomniała o niej i położyła się spać. On w tym czasie leżał w wannie. Nagle poczuł spaleniznę. "Wyszedłem z wanny, w kuchni zobaczyłem łunę. Parafina uległa samozapłonowi. Najpierw - jako stary harcerz - przykryłem garnek pokrywką, licząc, że odcięcie powietrza zdusi ogień, ale wtedy nastąpił wybuch. Chciałem to wynieść. Nie pomyślałem, że garnek był rozgrzany do czerwoności i wypadnie mi z rąk. Płonąca parafina oblała mnie i podłogę. W ten ogień padałem, wstawałem. W korytarzu natychmiast zajęła się kupiona kilka tygodni wcześniej szafka. Nad nią były korki, które się przepaliły, wszystko wysadziło. Trwało to sekundy, może minuty" - opowiadał w wywiadzie dla Poranny.pl. Zaczęły się palić drzwi, które były jedyną drogą ucieczki z płonącego mieszkania. Ziemcowi udało się je otworzyć i ewakuować trójkę swoich dzieci, żonę i samemu się stamtąd wydostać.
Miał poparzenia drugiego i trzeciego stopnia rąk i ud. Trafił do szpitala. Przez kilka dni lekarze utrzymywali go w śpiączce farmakologicznej.
Rehabilitacja trwała prawie półtora roku. Krzysztof Ziemiec opowiadał w mediach o swoim doświadczeniu, o tym jak miał przykurcze, że go bardzo bolało. Mówił szczerze, nawet o intymnych szczegółach, że nie był w stanie wykonywać nawet najbardziej podstawowych czynności.
Chciał wrócić do pracy. Ale News Corp. wycofał się z Telewizji Puls. Program "Puls raport" został zlikwidowany, pracę straciło prawie 120 osób, więc tam nie było dla niego miejsca.
Pod koniec 2009 roku "Wiadomości" wyemitowały materiał, że Krzysztof Ziemiec wraca do tego programu. "Dla osób borykających się z problemami zdrowotnymi może to być dowód, że można się podnieść" - mówił wtedy.
Szybko wrócił na szczyt. W czerwcu 2010 roku razem z Dianą Rudnik poprowadził debatę kandydatów na prezydenta. W 2011 roku zdobył Telekamerę w kategorii Informacje - osobowość.
Pod koniec 2011 roku, gdy w TVP prezesem został Juliusz Braun, nowe kierownictwo "Wiadomości" zapowiedziało oszczędności. Zwolniona została dyrektor TVP 1 Iwona Schymalla, a szefowa "Wiadomości" Małgorzata Wyszyńska złożyła wypowiedzenie. Ziemcowi kończył się wtedy kontrakt. - Nie był pewny, czy mu go przedłużą. Ale mimo to na spotkaniu z nowymi szefami Jedynki [Andrzejem Godlewskim - przyp. red.] i "Wiadomości" [Karolem Małcużyńskim - przyp. red.] to Ziemiec nie bał się zadawać najostrzejszych pytań o rzetelność i obiektywizm - opowiada pracownik TVP.
Kontrakt mu przedłużono. Prowadził "Wiadomości" w TVP 1 i nadal był jedną z głównych twarzy tego programu. Przetrwał kolejnych dwóch prezesów TVP.
"Iść pod prąd"
W lutym 2014 roku na spotkaniu ze studentami na Uniwersytecie Warszawskim Krzysztof Ziemiec radzi młodym ludziom, jak powinni się zachowywać w trudnych sytuacjach: "Iść pod prąd". Powtarza to dwukrotnie.
W styczniu 2016 roku prezesem TVP zostaje Jacek Kurski, Ziemiec nie musi już chodzić pod prąd. Płynie z nurtem.
Gdy pod koniec ub.r. prawicowy dziennikarz Witold Gadowski wskazuje, kto jego zdaniem jest w TVP do natychmiastowego zwolnienia po zmianie władzy ("Wreszcie utnie się w telewizji publicznej wpływy komunistycznego klanu rodziny Kraśków"), Krzysztof Ziemiec zapytany przez "Presserwis", odpiera: "Nie mam ochoty tego komentować. Stoję z boku".
Od początku 2016 roku redakcję "Wiadomości" obejmują polityczne czystki, następuje desant dziennikarskiej młodzieży z TV Republika i TV Trwam. - W "Wiadomościach" wymieniono niemal wszystkich. Przyszli ludzie bez doświadczenia, za to z dużą miłością do nowej władzy. Ziemiec nie protestował. Chciał być miły dla wszystkich: dla tych, których wyrzucają, i dla tych, którzy przychodzą na ich miejsce - opowiada jeden z dziennikarzy, który obserwował te zmiany (potem też został zwolniony).
W styczniu od prowadzenia głównych wydań "Wiadomości" odsunięto Dianę Rudnik i szefa tego programu Piotra Kraśkę - przez tydzień wszystkie wydania dziennika o 19.30 zamiast niego prowadził Krzysztof Ziemiec, był jedynym prowadzących ze starej ekipy. Potem dołączyli do niego Danuta Holecka i Michał Adamczyk, ale to Ziemiec pozostał główną twarzą odmienionych "Wiadomości". - Krzysiek jest najbardziej rozpoznawalny i utalentowany. Ma w sobie "to coś" - przyznaje Jacek Gasiński, były korespondent TVP w Moskwie, który też stracił pracę, bo nie pasował do nowej koncepcji.
Jednak dziennikarze, którzy musieli odejść, sądzą, że to nie zdolności i doświadczenie uchroniły Ziemca przed gilotyną dobrej zmiany. - Pomogły mu konserwatywne poglądy, mimo że nigdy nie były skrajne. Ważniejsze były jego dobre kontakty z Kościołem. Często jest gościem imprez organizowanych przez organizacje kościelne - uważa jeden z byłych kolegów Ziemca z "Wiadomości".
Ale nawet on coś stracił, w lutym odsunięto go od prowadzenia programu "Woronicza 17" w TVP Info (dostał go Michał Rachoń). Przyjął to z pokorą.
"Nie uznaję nawalania w kogokolwiek"
Styczeń 2016 roku, w rozmowie z Fakt24.pl Krzysztof Ziemiec zapewnia: "Nie uznaję ani lizusostwa wobec przełożonych czy rządzących, ani też bezpodstawnego >>nawalania<< w kogokolwiek". Miesiąc później w głównym wydaniu "Wiadomości" Ziemiec informuje widzów TVP 1, że grafolog potwierdził autentyczność akt z teczek bezpieki znalezionych w domu Czesława Kiszczaka. Miało to dowodzić agenturalnej przeszłości byłego prezydenta Lecha Wałęsy. Trwa właśnie nagonka rządu PiS i kibicujących mu mediów na Wałęsę i Polacy zastanawiają się, czy dokumenty na temat byłego prezydenta znalezione w domu Kiszczaka mogą być autentyczne. Ziemiec rozstrzyga tę sprawę, po czym okazuje się, że żaden grafolog nie badał dokumentów.
Lech Wałęsa przeprosin w "Wiadomościach" się nie doczeka, Ziemiec przeprasza, ale tylko na Facebooku, nazywając to, co się stało, "nadinterpretacją".
Na Facebooku pod przeprosinami Ziemca można było przeczytać komentarze w stylu: "Na antenie proszę to powiedzieć, a nie garstce facebookowych wyznawców. Żenada".
Wiosną negatywnym bohaterem PiS zostaje Mateusz Kijowski, lider Komitetu Obrony Demokracji. W maju Krzysztof Ziemiec dołącza do nagonki. W "Wiadomościach" zapowiada materiał, który szybko stanie się powodem krytyki i kpin z rzemiosła nowych dziennikarzy TVP. Tym razem widzowie oglądają, jak reporter "Wiadomości" Klaudiusz Pobudzin zaczepia wychodzącego z programu w TVP Info Kijowskiego i pyta go, czy boi się Mariana Kowalskiego (były wiceprezes Ruchu Narodowego) oraz czy płaci alimenty. Kijowski nie chce z nim rozmawiać, więc Pobudzin biegnie za nim do garderoby, nagabuje, potem blokuje drzwi wyjściowe z siedziby TVP Info. Zachowanie reportera "Wiadomości" budzi śmiech środowiska. Krzysztof Ziemiec, zapowiadając materiał Pobudzina w "Wiadomościach", stwierdza, że reporter stał się powodem "nieuzasadnionych oskarżeń w internecie".
"Nie brakuje mi odwagi"
W styczniu br. dla Fakt24.pl Krzysztof Ziemiec mówi: "Jestem na tyle dorosły, doświadczony, nie brakuje mi odwagi, a przede wszystkim kieruję się wewnętrznym imperatywem, który nie pozwoli mi zgadzać się na różne rzeczy bez protestu i sprzeciwu".
Bez protestu i sprzeciwu Krzysztof Ziemiec zapowiada we wrześniu br. zmanipulowany materiał Marcina Tulickiego z "Wiadomości" o marszu KOD. Wykorzystano tam słowa Adama Michnika: "Jeśli rząd Jarosława Kaczyńskiego nie będzie przestrzegał konstytucji, to obowiązkiem społeczeństwa jest odsunięcie tego rządu od władzy" - i zinterpretowano jako wezwanie do obalenia władzy. Dalszą część wypowiedzi Michnika ucięto i widzowie nie zobaczyli, że chodziło o odsunięcie od władzy w demokratycznych wyborach.
10 lipca br. Ziemiec bez protestu czyta zapowiedź do zmanipulowanego materiału o tym, co powiedział prezydent Stanów Zjednoczonych podczas szczytu NATO w Warszawie: "Barack Obama ani nie wyraził zaniepokojenia, ani tym bardziej nie zbeształ polskiej demokracji". W swoim materiale "Wiadomości" ocenzurowały część wypowiedzi Obamy.
O "zbesztaniu polskiej demokracji" przez Obamę napisał "The Washington Post", a "The Wall Street Journal" zauważył, że "polski rząd spotkał się z nową falą krytyki z powodu działań mających na celu objęcie kontroli nad sądownictwem, tym razem ze strony Obamy". Także "The New York Times" wybił w tytule "Obama strofuje polski prawicowy rząd". I tylko Krzysztof Ziemiec widział to inaczej.
"Godzisz się firmować te świństwa"
Magda Jethon, dziś naczelna serwisu Koduj24.pl, już w lipcu br. nie wytrzymała firmowania przez swojego kolegę manipulacji "Wiadomości" i napisała do niego list otwarty. Nie ukrywała, że pchnął ją do tego materiał w "Wiadomościach", w którym podano, że KOD płaci władzom Warszawy za wynajęcie pomieszczeń w Pałacu Kultury i Nauki tylko 200 zł miesięcznie. Nazwała tę kwotę "wyssaną z palca". Zwracała się do Ziemca jako do kolegi, którego zna od 22 lat, z których osiem przepracowali razem w Trójce. Jethon, była dyrektor tej rozgłośni, pisała: "I choć ostatnio firmujesz rzeczy złe i nieprawdziwe, akceptujesz tandetne dziennikarstwo, to jednak piszę do Ciebie (co do pozostałych członków zespołu >>Wiadomości<< nie mam złudzeń), bo mam nadzieję, że tylko Ty, osoba, której ta władza ufa, możesz sprzeciwić się nieuczciwym praktykom stosowanym przez TVP". I dodała: "Krzysiu, nie mogę uwierzyć, że godzisz się firmować te świństwa".
"Gotowy bezrefleksyjnie wykonywać polityczne zlecenia"
A jeszcze w grudniu ub.r. na gali Grand Press 2015, gdy stał na scenie wśród sześciorga laureatów konkursu Dziennikarz Roku, mówił: "Hołduję dziennikarstwu absolutnie już dziś niemodnemu. Nie mam z góry jakiejś tezy, którą chcę udowodnić".
Blisko rok później jako prowadzący "Wiadomości" zapowiada kolejny z serii materiałów uderzających w polskie organizacje pozarządowe. W serwisie prawie przez tydzień zarzucano im, że pracują w nich prominentne osoby związane z poprzednią władzą. Dzięki temu organizacje te miały mieć łatwiejszy dostęp do publicznych pieniędzy. Przedstawiciele organizacji pozarządowych protestowali, protestowała też prawicowa blogerka Kataryna: "Współczuję Krzysztofowi Ziemcowi, mam nadzieję, że firmowanie tego się przynajmniej opłaca". Potem dodała: "Rzeplińska mu pomagała debaty przygotowywać. A on czyta z kamienną twarzą".
Po tym jej wpisie na Twitterze rozpętała się burza, zarzucano, że Krzysztof Ziemiec mógł być manipulowany przez Różę Rzeplińską, córkę prezesa Trybunału Konstytucyjnego, gdy przygotowywał się do debaty Komorowski-Duda.
Dziś Kataryna, czyli Katarzyna Sadło, prezes Fundacji Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, tłumaczy, że trudno jej było uwierzyć, iż Krzysztof Ziemiec nie wie, że współpraca organizacji pozarządowych z mediami nie polega na indoktrynacji dziennikarzy. - Krzysztof Ziemiec przecież sam mógł opowiedzieć, czy i jak był manipulowany - mówi blogerka.
Twarz Ziemca jako wykonawcy propisowskiej propagandy w "Wiadomościach" trafiła już nawet do satyry. "Niestety przekaz dnia nie zawierał instrukcji, jakie dalsze informacje mamy przekazywać dzisiaj państwu" - mówi Krzysztof Ziemiec, sparodiowany w filmiku na YouTube przez Jacka Fedorowicza. W podobny sposób w latach 80. Fedorowicz wyśmiewał "Dziennik telewizyjny". Pytany, dlaczego znowu pokusił się o taką parodię, odpowiada, że obserwuje nasilenie kłamstwa i propagandy.
Czy to możliwe, że Krzysztof Ziemiec nie widzi, w czym bierze udział? Jacek Gasiński, były korespondent TVP w Moskwie, nie wierzy, że Ziemiec czyta przed kamerami coś, z czym się absolutnie nie zgadza.
Dlatego Ziemiec zrobił coś, co wyglądało na akt desperacji, by udowodnić, że ma swoje zdanie. 21 października 2016 roku opublikował w dodatku do "Rzeczpospolitej" "Plus Minus" tekst pt. "Dobra zmiana hoduje tępych koniunkturalistów". Podsumowywał w nim rok rządów PiS. I zakwestionował sporą część tego, co pokazuje od niemal roku w "Wiadomościach". "Nastąpił szturm ludzi związanych z władzą na lukratywne i wpływowe stanowiska (zjawisko tzw. Misiewiczów) - co gorsza, wielu polityków rządzącej partii nie widzi w tym nic złego. Czy w ten sposób działać powinno ugrupowanie obiecujące realną zmianę, także etyczną?" - pisał Ziemiec. A dalej zauważał: "Władza woli otaczać się ludźmi niedouczonymi, ale pokornymi, gotowymi bezrefleksyjnie wykonywać polityczne zlecenia. W pochodzących ze >>starego rozdania<< pracownikach widzi tylko wrogów, którzy będą stawiać tylko opór >>dobrej zmianie<<".
Pojawiły się uwagi, że Krzysztof Ziemiec próbuje tym tekstem ratować swój wizerunek. "Rozczarowałem się. Bo hucznie zapowiadanym tekstem Ziemiec idzie jeszcze o krok dalej w kopiowaniu peerelowskiej propagandy. Parafrazując słynny pezetpeerowski slogan: >>Socjalizm - tak, wypaczenia - nie<<, wraca na ścieżkę >>Polityki<< z lat 70., która martwiąc się problemami Gierka i jego ekipy, zainicjowała akcję >>dobry fachowiec, ale bezpartyjny<< - napisał w "Gazecie Wyborczej" Jacek Żakowski, publicysta "Polityki".
Są jednak tacy, których Ziemiec swoim tekstem przekonał. - To ważny gest. Nie można walić w ludzi, którzy wykonują takie gesty - uważa Grzegorz Sroczyński, dziennikarz "Gazety Wyborczej".
Jakie są więc prawdziwe poglądy Krzysztofa Ziemca na politykę i dziennikarstwo? On sam nie chce o tym rozmawiać. - W obecnej sytuacji nie chcę się wypowiadać ani tłumaczyć. Cokolwiek bym powiedział, zostanie wykorzystane przeciwko mnie. Pracuję w takich warunkach, jakie są. Nie jestem żadnym szefem ani prezesem, więc nie będę się za nich tłumaczył. Ja już nawet o pogodzie wolę się nie wypowiadać. Nie jest łatwo - tymi słowami Ziemiec odmawia spotkania.
Przegapił dobry moment?
Wieloletni dziennikarz TVP, który pracował z Ziemcem: - Krzysiek chodzi jak zbity pies. On wcale nie ma silnej pozycji w "Wiadomościach". Tam rządzi Marzena Paczuska. Dla szefostwa Ziemiec jest splamiony wcześniejszą pracą w "Wiadomościach" dla zdrajców ojczyzny. A dla reszty Polaków propagandystą. Idzie na kompromisy, ale nic nie zyskuje, tylko traci. Nie ma ruchu.
Z relacji dziennikarzy, którzy jeszcze niedawno obserwowali pracę Ziemca w "Wiadomościach", wynika, że rzeczywiście nie jest zaangażowany w kształtowanie programu. - Robi tylko tyle, ile zrobić musi. On nigdy nie wtrącał się w pracę dziennikarzy przygotowujących materiały. Bardziej przygotowuje się do rozmów, które nadawane są po "Wiadomościach" - opowiada jeden z byłych dziennikarzy "Wiadomości".
Inny dziennikarz, który zna Ziemca: - On wiedział, że zmiany nastąpią, ale nie przypuszczał, że aż tak dalekie. Czekał, jak będzie się rozwijała sytuacja. I przegapił dobry moment, gdy mógł odejść.
Wszędzie by sobie poradził
Ci, którzy rok temu stali z nim na scenie jako finaliści konkursu Dziennikarz Roku, chwilę się zastanawiają, gdy pytam ich o Krzysztofa Ziemca. Nie chcą go urazić. - Dawanie twarzy "Wiadomościom" kompromituje. Ale uważam, że jest w tym wartość, iż zostali w tych mediach jeszcze ludzie tacy jak Ziemiec. "Wiadomości" są obecnie tak nieporadnie robione, że aż śmieszne. Ziemiec, jeżeli jest konserwatystą, musi sobie zdawać sprawę z tego, że ten program robi źle sprawie, za którą stoi - ocenia Grzegorz Sroczyński z "GW". - Myślę, że on ma wielki dylemat, a sytuacja z czasem staje się dla niego coraz trudniejsza - dodaje.
Konrad Piasecki z Radia Zet, który został Dziennikarzem Roku 2015, uważa podobnie: - Każdy doskonale widzi, co się tam dzieje, i każdy musi we własnym sumieniu sobie odpowiadać, czy to jest zgodne z jego poglądami i na tej podstawie podejmować decyzje.
"Pamiętam wydanie >>Wiadomości<<, w których uroczyście zakomunikowano powrót p. Ziemca na antenę po dłuższej nieobecności związanej z nieszczęściem, jakie go spotkało - pożarem - i koniecznością rehabilitacji. Mimo iż nie był fanem PO, miejsce w zespole >>Wiadomości<< na niego czekało, był serdecznie przyjęty z powrotem. I tak powinno być. Tym bardziej dziwi, jak teraz się zachowuje wobec dawnego zespołu i nas - dawnych widzów wiadomości. Wielu Polaków już nigdy nie będzie chciało oglądać żadnego programu informacyjnego, który poprowadzi ten człowiek" - napisał internauta na forum Wyborcza.pl.
Magda Jethon należy do tych, którzy określają Ziemca jako postać tragiczną. - Krzysztof nie musiał się na to godzić. To świetny dziennikarz i wszędzie by sobie poradził - uważa Jethon.
submitted by Technolog to Polska [link] [comments]


2016.09.29 12:27 ben13022 Kiedy Polacy rządzili w Wiedniu

Gdy minister Julian Dunajewski był w złym humorze, nawet cesarz Franciszek Józef wolał kontaktować się z nim przez posłańców. Dunajewski był jednym z wielu Polaków, którzy porobili wspaniałe kariery w państwie Habsburgów. Z profesorem Waldemarem Łazugą rozmawia Piotr Bojarski
Piotr Bojarski: W państwie Franciszka Józefa żyło wiele narodów, ale w Wiedniu poza Niemcami - pojęcie Austriak było wówczas używane rzadziej - to Polacy robili wielkie kariery. Trzykrotnie byli premierami, a blisko 40 zostało ministrami. Agenor Gołuchowski kierował dyplomacją, a Julian Dunajewski przez 11 lat był ministrem skarbu. Skąd brały się te sukcesy Polaków?
Prof. Waldemar Łazuga*:
Czyli wystarczyła czysta arytmetyka?
Ale polityka kalkulacji miała granice. Pierwszą zasadą krakowskich konserwatystów było nie szkodzić Austrii. Bo to z nią wiązano nadzieje na przekształcenie Austro-Węgier w kraj trójczłonowy, z Polską jako nowym elementem tej układanki?
Podwaliny pod rządowe sukcesy Polaków w Austrii położył Agenor Gołuchowski w połowie XIX wieku...
Dunajewski wyciągnął skarb z nie lada kłopotów.
Na powodzeniu Dunajewskiego skorzystała Galicja.
Trzech Polaków było austriackimi premierami. Najwybitniejszy z nich, hrabia Kazimierz Badeni, porwał się na reformę językową.
W tym czasie szefem dyplomacji był Agenor Gołuchowski junior. Kiedy został ministrem w 1895 r., w Wiedniu uznano za stosowne uspokoić Rosję, że to nic nie znaczy. Czy polskie awanse w Austrii niepokoiły pozostałych zaborców?
Gołuchowski, który za żonę miał prawnuczkę napoleońskiego marszałka Joachima Murata, był największym wśród Polaków kosmopolitą. Jego błyskotliwa kariera budziła w rodakach uczucie dumy, ale nie oczekiwano, że zajmie się sprawą polską i narazi na szwank stosunki z mocarstwami. Gdy dał wyraz sympatii wobec strajku dzieci wrzesińskich, wielu uważało, że zrobił bardzo dużo. Gołuchowski krzepił i to wystarczało.
Kiedy Gołuchowski junior otrzymał od Mikołaja II Order Aleksandra Newskiego, a Badeni Order Orła Białego, w Galicji pojawiły się głosy, że Polacy nie powinni przyjmować takich odznaczeń. Kto zaprotestował?
Polskim ministrom często stawiano zarzut nadmiernej skłonności do urlopowania.
Aż do pokoju w Brześciu zawartego między państwami centralnymi i Rosją Radziecką 3 marca 1918 r. W Brześciu rozwiały się iluzje galicyjskich konserwatystów, że z pomocą Austrii odbuduje się Polskę jako nowy człon monarchii Habsburgów. Okazało się, że to Niemcy grają pierwsze skrzypce, a Wiedeń jest zbyt słaby, by spełnić obietnice dane Polakom.
Chętnych do wojny nie brakowało: ''Wielcy artyści walczą za Franciszka Józefa''
Wygrał znacznie bardziej elastyczny Piłsudski.
Galicja dała odrodzonej Polsce tysiące świetnych urzędników.
AUSTRO-WĘGRY
Wielonarodowa monarchia konstytucyjna powstała po porażce Austrii w wojnie z Prusami w 1866 r., na mocy ugody między Austrią i Węgrami zawartej w 1867 r. Wtedy to Cesarstwo Austriackie przekształciło się w monarchię dualistyczną połączoną unią pod berłem Habsburgów. Austrię i Węgry - dwa równoprawne człony państwa - łączyła unia wojskowa, monetarna i celna. Zamieszkana przez Polaków Galicja wchodziła w skład Austrii - Przedlitawii (Węgry i związane z nimi kraje nazywano Zalitawią).
Istniejące w latach 1867-1918 państwo miało przydomek c.k., czyli skrót od cesarsko-królewski. Literami c.k. określano wspólne instytucje, na przykład c.k. armię. Litera c (jak cesarz, a w niemieckim oryginale k jak Kaiser) odnosiła się do Przedlitawii, litera k (jak król i w oryginale König) - do Zalitawii, czyli Królestwa Węgier.
Austria i Węgry miały osobne rządy, parlamenty i sądownictwo, a także systemy prawne. Wspólne były ministerstwa spraw zagranicznych, skarbu wspólnego i wojny.
Narody Austro-Węgier w 1914 roku: http://bi.gazeta.pl/im/2a/3b/d7/z14105386Q.jpg?preview=1
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.06.20 21:48 Sithrak "A lud roboczy wytrzeszcza oczy" - komentarz Wojciecha Czuchnowskiego w Wyborczej o tym jak PiS zrozumiał problemy socjalne, które poprzednie rządy ignorowały i jak w obecnym klimacie będzie wygrywał na tym bez końca.

Żródło (ściana płacu) http://wyborcza.pl/magazyn/1,153010,20259738,a-lud-roboczy-wytrzeszcza-oczy-czuchnowski.html
Wystarczy dać ludziom to, co od dawna im się należało: godną płacę za uczciwą pracę. PiS to zrozumiał i będzie dalej wygrywał.
Listopad 2013 r. "Wyborcza" drukuje cykl reportaży o tym, jak w Polsce pracuje się na głodowych stawkach. Dziennikarze zatrudniają się przy pakowaniu towarów, w ochronie, sprzątaniu. Opisują codzienność setek tysięcy ludzi skazanych na płace rzędu 5-6 zł za godzinę. Brutto. Smutny rekord to oferta 2,5 zł. Dla porównania przytaczamy dane z krajów Unii, w których większość ma wyznaczone godzinowe minimum: od 4 euro w Grecji i Hiszpanii, przez 8 euro w Niemczech, do 9 euro we Francji.
Porównujemy je z pensją minimalną. Stawki godzinowe biorą się z prostego przelicznika: minimalna w danym kraju pensja jest dzielona na ustawowe 40 godzin pracy w tygodniu.
Robimy podobne przeliczenie. Ówczesne polskie minimum to 1600 zł brutto. A więc dolna stawka godzinowa powinna wynosić 10 zł brutto (wtedy 2,5 euro), co w przeliczeniu na ustawowe 160 godz. miesięcznie dawałoby właśnie 1,6 tys. zł.
Będzie inicjatywa. Wpadamy na pomysł akcji: namówimy rząd, by wprowadził obowiązkowe 10 zł jako minimum za godzinę.
Idziemy z tym do ministra pracy Władysława Kosiniaka-Kamysza z koalicyjnego PSL. Pokazujemy mu teksty naszych reporterów, przykłady wyzysku. Reaguje entuzjastycznie. Mówi, że ustalenie najniższej "godzinówki" na w miarę godnym poziomie "to dobry pomysł". Fragment tekstu z czołówki "Wyborczej": Minister: "W resorcie będzie opracowana inicjatywa legislacyjna. Czy rząd poprze projekt? Nieoficjalnie wiadomo, że oponować może minister finansów Jacek Rostowski, który uważa, że jeśli pracodawca nie może zapewnić płacy minimalnej, to lepiej dać pracę za 70 proc. najniższej pensji, niż nie dać jej w ogóle".
Kosiniak-Kamysz mówi, że część pracodawców spróbuje ominąć dolny próg, ale "najważniejsze, żeby ukształtował się zwyczaj: godna płaca to kwestia przyzwoitości".
Potem w "Wyborczej" rozważamy, czy 10 zł za godzinę to dużo. "W porównaniu z większością krajów Unii to stawka najniższa nie tylko w przeliczeniu złotych na euro, ale również w zestawieniu siły nabywczej godziny pracy z ceną np. 1 litra benzyny E95. Przy założeniu, że w całej Europie litr E95 kosztuje około 6 zł, Grek za godzinę pracy kupi nieco ponad 2,5 litra benzyny, Hiszpan 3 litry, Francuz aż 6 litrów, Brytyjczyk za swoje 6 funtów (ok. 30 zł) 5 litrów. Polak za 10 zł mógłby nabyć 1,6 litra najtańszego paliwa. Ale często musi pracować za znacznie mniejsze pieniądze".
"Nie ma klimatu dla takich rozwiązań". Cykl "Wyborczej" o najniższej płacy trwa kilkanaście dni. Potem czekamy na obiecaną inicjatywę ministerstwa. Aha, w międzyczasie na łamach "Faktu" Kosiniak-Kamysz ogłasza, że wprowadzi 10 zł za godzinę.
Mijają tygodnie, w ministerstwie przestają odbierać telefony. Sprawę wyjaśnia nieoficjalna rozmowa z jednym z urzędników. Wcześniej pełen entuzjazmu, teraz mówi, że prawnicy resortu znaleźli "przeszkody nie do przejścia". Dodaje, że w rządzie "nie ma klimatu dla takich rozwiązań".
Jeszcze przez kilka miesięcy dopytujemy, co z projektem. Jeden z polityków PO, ważny minister, mówi, że nie będzie gazeta pouczać rządu, co jest istotne. "Jakbyśmy was słuchali, to nie wygralibyśmy dwa razy wyborów" - dodaje.
To okres, gdy ministrowie i politycy rządzącej koalicji wydają służbowe pieniądze na spotkania w lokalach dla snobów. Rachunki najczęściej przekraczają wartość minimalnej pensji. Atmosferę - znaną z nielegalnych nagrań - można podsumować cytatem z Marka Hłaski: "A lud roboczy wytrzeszcza oczy".
Kapitał: 12 ZŁ. Historia tej porażki ma ciekawe zakończenie. Tuż przed wyborami premier Ewa Kopacz zapowiedziała nagle... wprowadzenie stawki minimalnej: 10 zł za godzinę. Równocześnie obiecało to PiS. Potem podbili do 12 zł. Kilkanaście dni temu wprowadzili to w życie. 12 zł minimum za godzinę będzie obowiązywało od 2017 r. Przestrzegania minimum będzie pilnować Państwowa Inspekcja Pracy. Przy okazji do 2 tys. wzrośnie pensja minimalna.
Przeliczmy teraz te 12 zł na kapitał polityczny. Ochroniarz, który nagle zacznie lepiej zarabiać, zagłosuje na władzę, która mu to zapewniła. Podobnie jak czytelnik tabloidu, gdy przeczyta, jak dzielni inspektorzy PIP ukarali nieuczciwego szefa, bo kombinował, jak płacić ludziom mniej, niż się należy.
Oczywiście na władzę, która polepszyła jej warunki bytu, zagłosuje też rodzina z programu "500 plus" i ta, która w "Mieszkaniu plus" zobaczy szansę na godniejsze życie.
Słyszę z wielu stron, że ci wszyscy ludzie zostali lub zostaną "przekupieni". I protestuję. Nikt ich nie przekupił. Po prostu ktoś przy władzy wreszcie zwrócił na nich uwagę.
Ceny europejskie, zarobki polskie. Od ponad ćwierć wieku rządzący przyzwyczaili nas do następującej argumentacji: musi być tak, jak jest, bo nadrabiamy zapóźnienia z okresu komunizmu, nasza praca jest mniej wydajna niż na Zachodzie, a w bogatych krajach Europy dysproporcje między zarobkami klas niższych i elity są równie duże albo jeszcze większe.
Kolejne ekipy przegapiły moment, w którym to wszystko stało się nieaktualne. Argument o nadrabianiu, nawet jeśli jest dalej w grze, coraz trudniej zaakceptować. Ile można "nadrabiać"? Ile lat można zwalać wszystko na poprzedni system, na wojnę albo na zabory? To już nie działa.
Mało wydajna praca? Jakiś żart. Z wszelkich statystyk wynika, że pracujemy najciężej w Europie. A jakość tej pracy potwierdzają sukcesy wielkich firm - Opla, Fiata, Ikei - które przenoszą do Polski produkcję właśnie ze względu na wydajność i profesjonalizm naszych pracowników. Potwierdzają to również małe prywatne sukcesy tych z nas, którzy wyjeżdżając do pracy za granicą, widzą tam, że są cenieni i pożądani.
Dysproporcje zarobków? Rzeczywiście są na całym świecie. Problem w tym, że robotnik niemiecki, włoski, francuski czy brytyjski może sobie za swoją pensję pozwolić na wynajęcie domu lub porządnego mieszkania, przyzwoity nowy samochód i wakacje dla rodziny. Pewnie zazdrości bogatszemu urzędnikowi czy biznesmenowi posiadłości, limuzyny i willi nad ciepłym morzem, ale sam nie czuje się pariasem.
Polski pracownik może o takiej dysproporcji tylko pomarzyć. Jeździ kilkunastoletnim złomem, o wakacjach dawno zapomniał, a wynajęcie mieszkania lub spłata kredytu pochłania ponad połowę jego dochodów. W Warszawie na przeciętny czynsz komercyjny osoba zarabiająca średnią krajową musi pracować 16 dni. W Londynie sześć, a w Berlinie cztery.
Ludzie potrafią liczyć. Widzą, że ceny większości produktów i usług mamy takie same jak na Zachodzie, a zarobki nawet pięć razy niższe. Widzą, ile warta jest ich praca "tam", a ile "tutaj". Dlatego wyjeżdżają. I nie mogą zrozumieć, jak to się ma do frazesów o życiu we "wspólnej Europie".
To cud, że nie było w Polsce rewolucji. Cud, że przez tyle lat ludzie to znosili. Ale w końcu nie wytrzymali. Padło na Platformę i PSL, ale mogło paść na jakikolwiek inny rząd. Bo żaden, łącznie z lewicowymi, nie miał oferty dla najgorzej zarabiających.
To nas zrujnuje! Platforma dosłownie w ostatniej chwili zrozumiała, że jeśli nie wprowadzi do programu pakietu socjalnego, przegra. Dlatego we wrześniu Ewa Kopacz obiecała, że rodziny z dziećmi będą mogły wspólnie rozliczać PIT. Nareszcie! Przez całe lata państwo miało gdzieś, czy podatnik ma na utrzymaniu tylko siebie, czy też jego dochód dzielony jest na niepracujące dzieci, w przyszłości też podatników.
Ale było już za późno. Ludzie nie uwierzyli w socjalne nawrócenie Platformy. Przecież jeszcze kilka miesięcy przed wyborami mieli przykład, jak rząd broni pracowników. Gdy Niemcy zażądali, by polscy przewoźnicy płacili swoim kierowcom jadącym przez Europę 8,5 euro za godzinę, rząd i większość mediów stanęły po stronie przedsiębiorców. To 8,5 euro miało mieć apokaliptyczne skutki: zakłócić handel między naszymi krajami, podnieść taryfy i wyeliminować z rynku polską branżę transportową, bo właściciele firm nie będą przecież w stanie tyle płacić.
W całej sprawie rząd dostrzegał spisek firm niemieckich, które "przegrywają konkurencję z tańszymi przewoźnikami z Europy Środkowo-Wschodniej". I pewnie o to chodziło, tyle że przy okazji nikt nie zadał sobie pytania, czy aby polscy kierowcy spędzający całe tygodnie na zagranicznych trasach zarabiają tyle, by nie musieli się wstydzić.
Pisałem wtedy o scenach na parkingach przy wielkich autostradach przecinających Europę. "Tirowiec niemiecki, austriacki, włoski, francuski czy grecki odpoczywa, pijąc kawę w restauracji, w której może sobie pozwolić na kupno przyzwoitego posiłku. Ma pieniądze, bo za ciężką pracę z dala od domu dostaje przyzwoitą stawkę. Ma czas, bo nie może przekroczyć określonej normy godzin za kierownicą.
Na tym samym parkingu jego polski (ale też ukraiński czy białoruski) kolega koczuje przy samochodzie, gotując na maszynce chińską zupkę i najpodlejszą kawę. Odkąd Niemcy masowo wprowadzili płatne toalety (1-2 euro za wejście), sika do plastikowej butelki. Kombinuje też, jak oszukać tachograf, by policja nie zobaczyła, że jechał dłużej niż ustawowe 9 godz., po których należy odpocząć".
Zrobimy wam Zachód. Wiem, jak PiS wygra kolejne wybory. Rok przed dadzą 500 zł na każde dziecko, nie tylko drugie i kolejne. I obiecają, że po zwycięstwie pięć stów dostanie też ucząca się młodzież po 18. roku życia. Potem ogłoszą program zrównania płac z pensjami w Europie Zachodniej. A jeszcze muszą przeprowadzić reformę ZUS, tak by wrócił system sprzed 2000 r. To konieczne, bo obecnemu za dziesięć lat grozi katastrofa.
Tak działając, partia Jarosława Kaczyńskiego porządzi nawet trzy kadencje. Zwłaszcza gdy opozycja będzie wyśmiewać 500 plus, sprzeciwiać się stawce minimalnej i gardłować o "kupowaniu wyborców". W PiS tylko na to czekają, niech przeciwnik pogrąży się sam.
submitted by Sithrak to Polska [link] [comments]


2016.03.27 16:10 SoleWanderer Ziemowit Szczerek - Licheń, czyli ja

Szedłem na Golgotę. Myślę, że wszyscy tam powinni pójść. Wcale nie szydzę. Tutaj nie ma co szydzić, do Lichenia trzeba przyjechać Polskę zrozumieć.
Pojechałem znów do Lichenia. Jechałem pomiędzy nieczynnymi straganami z rurkami z kremem i świętymi medalikami. Zaparkowałem na wielkim pustym parkingu strzeżonym przez pokraczne gipsowe anioły.
Kawę kupiłem w sklepie, w którym sprzedawali też figury świętych, Jezusów i Maryj. Jezusy i Maryje miały smutne oczy i ceny przyczepione do szyj: wyglądały jak niewolnicy na targu. A potem wyszedłem, stanąłem przed katedrą i z kawą parzącą mi dłoń po prostu się gapiłem. Cielę na malowane wrota, właśnie tak. Nie mogłem oderwać wzroku od tego barbarzyńskiego ogromu i blaszanego blasku złoconych kopuł. Bo niby Kościół polski to Kościół łaciński, niby Polska należy do starej i wyrafinowanej cywilizacji Zachodu, cywilizacji umiaru i subtelności, ale jednak jak przychodzi co do czego, to nikt tak naprawdę w tę subtelność nie wierzy. Każdy wie, że ogrom i błysk sprawdzają się najlepiej.
W tle piały wiejskie koguty. Stałem u stóp katedry i patrzyłem na gigantyczne figury nad wejściem: Matka Boska miała nieco zapadniętą twarz, ale za to biła z niej taka moc, że przyginała do ziemi świętych Pańskich po obu jej stronach. Piastowski orzeł na wieżycy wyglądał jak ukrzyżowany. W środku ciekło od złota, biło po oczach od blasku, kiczu, pokracznych, ale pompatycznych malowideł.
Anioły ze skrzydłami wymodelowanymi w kształt topora wyglądały jak armia pięknych elfów-klonów, która bez mrugnięcia okiem zimną stopą zadepcze wszystko, co złe, paskudne, mordorskie. I brzydkie - ale taką zwykłą, niebłyszczącą brzydotą. Rzędy krzeseł miały oparcia rzeźbione w husarskie skrzydła i jeśli wierni w nich siądą, wyglądają jak husarskie zastępy.
Z trzeci albo czwarty raz tu wracam, obsesyjnie.
Bazylika wznosi się jak niebiańskie UFO przybywające do Polski prosto z raju typu "na bogato", który kusi złotymi zegarkami, najnowszymi modelami BMW z wystawy na pierwszym poziomie Rajskiej Galerii Handlowej, klejnotami Blyskovski i ogólnie luksusem. Nieba wyglądają jak wiekuiste spa w prestiżowej lokalizacji wykupionej za łapówkę od Niebiańskiego Parku Narodowego, ze skubaniem złuszczonej ziemskiej powłoki przez złote rybki. Nie zwykłego, obywatelskiego, republikańskiego nieba, gdzie wszyscy zażywają wiekuistości skromnie, poczciwie, w tych białych prześcieradłach i na bosaka, tylko takiego nieba, w którym wszyscy są oligarchami, bogaczami, karmazynami, królewiętami, magnaterią, a co najmniej właścicielami sieci solariów.
UFO wznosi się swą złotą kopułą pomiędzy tymi domami i dachami o kształtach od Sasa do Lasa, gromadzą się wokół tej kopuły te wszystkie szyldy krzyczące na różowo, żółto i czerwono, że naprawa tłumików i nowe opony, że lody na kredyt i kredyty na lody. A wokół snuje się pysznie nowy polski asfalt położony za unijne, czarny i tłusty jak świeży makowiec. Asfalt, który nie zdążył jeszcze popękać, powybrzuszać się i rozleźć. Choć zdąży, nie bójcie się.
Każdy, kto obserwuje polski chaos, wie dobrze, że w tym szaleństwie jest metoda. Że ten chaos jest sobie wewnętrznie pokrewny. Że kręci się, owszem, wokół czarnej dziury w swoim środku, ale tylko czeka, żeby wydać z siebie coś arcypolskiego.
I wydał Licheń. Nie wyobrażam sobie tej katedry, dajmy na to, w Berlinie, Budapeszcie czy choćby Pradze, ale za to spokojnie mogłaby stać na przykład w gruzińskim Batumi czy macedońskim Skopje, miastach o wiele zresztą ciekawszych od Berlina, Budapesztu czy Pragi, bo, podobnie jak Polska, łączących w sobie największe możliwe aspiracje i wizje z barbarzyńskością, nieumiarkowaniem i koślawością.
Ten barbarzyński chaos to polska forma, której nie dostrzegamy, bo ją wypieramy. Bo się jej wstydzimy, bo chcielibyśmy być inni. Chcemy być Zachodem, ale nie tym rzeczywistym, który nas zresztą zdradził po raz kolejny.
Bo Polska się zbuntowała przeciw Zachodowi. Bo okazał się on czymś innym, niż miał być. Złote, błyszczące neony okazały się zwyczajnymi reklamami Rossmanna i Lidla. Miała być kraina bogactwa, a okazała się krainą lewactwa. Miały być dupy z rozkładówek "Playboya" w szybkich furach, a są połajanki feministek, że słowo "dupa" uwłacza kobiecie, i ochrzan od Zielonych, że szybkie fury zatruwają atmosferę.
Nie wspominając o tym, że "Playboy" skończył z nagimi fotkami.
My tu sobie, Polacy, lepszy Zachód u siebie zrobimy, poczekajcie. Zrobimy to samo co zawsze: weźmiemy od was tylko to, co chcemy, a nie to, czym nas karmicie. Zjemy wasze mięso, zostawimy sałatkę. I poustawiamy to, co od was weźmiemy, tak by to nam, a nie wam się podobało. Najlepiej na kupie, żeby było duże. Weźmiemy sobie, po pańsku, od was fundusze unijne, jaki taki know-how technologiczny, niemieckie samochody, francuskie sery, szwedzkie meble, przysypiemy to wszystko z wierzchu republikańską fikcją, żeby nie było, że my zbyt duże chamy, że my bez majtek po ulicy chodzimy, bo i u nas republika, ba, Rzeczpospolita - a potem powiemy Zachodowi: dałeś, frajerze, to teraz się zbieraj.
Ogniska już dogasa blask. Nikt cię tu nie lubi. Zostaw zabawki.
Szedłem na Golgotę. Myślę, że wszyscy tam powinni pójść. Wcale nie szydzę. Andrzej Stasiuk pisał, że przyjechał do Lichenia szydzić i że szybko mu przeszło - i miał rację: tutaj nie ma co szydzić, tu trzeba przyjechać Polskę zrozumieć. Nie żeby od razu się modlić, ale żeby zobaczyć to, co tak długo jako "prawdziwi Europejczycy" wypychaliśmy ze swojej podświadomości. Żeby zobaczyć, kim jesteśmy.
Golgota licheńska jest dla polskiej formy tym, co estetyka D~a de los Muertos dla Meksyku czy kolorowo malowane Matki Boskie w całej Ameryce Południowej. Albo czym są miejskie legendy w Stanach czy wystrój czeskich piwnych gospód. To odbicie ludowej duszy, coś, co wychodzi z trzewi polskiego narodu. To i - na przykład - disco polo. Sen, który sami o sobie śnimy.
Do Lichenia jeżdżę po to, by się zachwycać, ale również po to, żeby się pośmiać. Bo to zdrowo śmiać się z samego siebie, a ja wiem, że Licheń to również ja.
A zresztą jak, powiedzcie, przejść obojętnie obok Jaskini Zdrady, obok Groty Objawienia, w której anioł ofiarowuje Jezusowi kielich, a razem z tym kielichem nagą żarówkę, która rozświetla się wtedy, gdy wierny włączy w grocie światło takim samym włącznikiem, jakim włącza światło w łazience. Albo obok betonu udającego marmur, z tymi wszystkimi błękitnymi i czerwonymi żyłkami namalowanymi cienkim pędzelkiem. Albo obok Kaplicy Przebłagania za Picie i Palenie, gdzie wisi biczowany Chrystus, a biczujący go łotrzy mają złe twarze: trochę diabłów z jasełek, a trochę z wyobrażeń o "końcu cywilizacji białego człowieka", bo jeden ma paskudną, żółtą twarz monstro-Tatara, a drugi - brązową, zakutaną w arabski zawój.
To naprawdę trzeba zobaczyć. Na przykład smutnego świętego Piotra, obok którego umieszczono hańbiącą tablicę z napisem "Trzy razy zaparłem się mojego mistrza". I koguta, który w tej historii zapiał trzy razy, a teraz ochrzania z góry na dół biednego Piotra jak psa. Anielicę z fryzurą pani Joli z poczty albo Grotę Zaśnięcia Matki Bożej z tabliczką "Wychodząc z groty, zgaś światło".
No jasne, robię sobie z tego jaja, bo niby czemu mam nie robić, najdalszy jednak jestem od pogardy. Gardzić Licheniem to trochę tak, jak brylować w wielkim mieście i wstydzić się swoich krewnych z jakiejś zapadłej wsi, że naniosą błota do salonu. To jak ukrywać przed światem jakąś część osobowości. Tak, tak: śmialiśmy się, że się boimy, my, Polacy, szafy otwierać, bo wypadną z nich trupy, Jedwabne. Ale z drugiej strony polskiego kija patrząc, nie byliśmy również gotowi przyznać, że Licheń to również my. Sacro polo, disco polo: tak, to my.
Owszem, nie ma co idealizować "sielskiej prostackości", ale próby zaorania tej estetyki, wyszydzenia do cna, przypominają próbę schowania przed wytwornymi gośćmi naszej rodziny ze wsi o grubych manierach. Bo goście wcześniej czy później wyjdą, a z rodziną nadal musimy żyć. I warto ustalić z nią jakiś modus vivendi. Choćby ze względu na własne bezpieczeństwo.
Bo kiedyś w końcu nas ta rodzina pobije i wrzuci do piwnicy. Oh, wait ...
Tak zwana przez prawicę Polska lewacka nie czuje się częścią Lichenia, mówi: "Licheń to nie my", odcina się od barbarzyńskości, ale państwo przez nią stworzone, owszem, jest i było barbarzyńskie.
Wystarczy na nie popatrzeć, na wygenerowaną przez nie przestrzeń publiczną, ale nie tylko. Polska SLD była barbarzyńską pseudolewicą, strojącą się w demokratyczne szatki, bo "tak wypada", bo inaczej sami zostalibyśmy na świecie, a Polska PO - barbarzyńskim centrum, po lakierze europeizującą się krainą, która za unijne pieniądze budowała drogi i stadiony, ale nie miała energii, siły ani potrzeby stworzyć porządnie funkcjonującej, dbającej o obywateli republiki z republikańskimi zasadami, obyczajami i budzącymi szacunek instytucjami.
Polskę PO można porównać do krainy Gallo-Rzymian sparodiowanych w "Asterixie": przyjmujących kulturę z Rzymu i nieumiejętnie przebudowujących swoje galijskie chaty tak, żeby przypominały rzymskie wille. Można było stworzyć własną jakość, w Polsce przecież jest gdzie sięgać, Polska to nie tylko Licheń - ale zaniedbano to. Elity się europeizowały, reszta kraju tkwiła w europejskim czyśćcu, w międzyświecie: niby geograficznie Europa, ale jednak nie ta właściwa. I w końcu ten międzyświat się zbuntował.
I w poszukiwaniu symboli buntu sięgnął tam, gdzie mu było intuicyjnie najbliżej: do Lichenia właśnie.
"Lewa strona" Licheniem gardzi, ale nie jest w stanie wyrzucić go z polskości, bo trudno o coś bardziej polskiego niż ludowa religijność, sama więc się z tej polskości usuwa. W czym mocno pomaga jej hejterska retoryka prawicy. Ale tutaj wszyscy napotykają pewien problem: z polskości za bardzo nie ma gdzie odejść. Do Europy? Ledwo zipie, zresztą tożsamości europejskiej nie ma. Na grunt jakiejś ideologii jako tożsamości? A niby jakiej? "Lewa strona" trwa więc w dziwnym zawieszeniu, w niedotożsamości, obrażając się na polskość i do niej wracając, jak do rodziny, bijącej i agresywnej, bo opętanej przez rodzinnych tyranów i dewotów. Krzyczących, że albo się lewacy dostosują, albo niech spieprzają.
Gdzie chcą. Na Madagaskar na przykład.
Zawsze znajdą się tacy, których trzeba wyzuć z polskości, choć są polskimi obywatelami, i których trzeba "wypchnąć z kluczowych sektorów", w których są "nadreprezentowani". A dalej ten sam nudny schemat: wypychanie, przejmowanie, rzucanie farbą w witryny sklepów, dryfowanie władzy na prawo, w stronę skrajnej prawicy, rozmontowywanie demokracji i wprowadzanie systemu wodzowskiego. Przeżyjmy to jeszcze raz. I nikt się nawet nie zorientował, że rzeczywistość już dawno przerosła sam Licheń, który rozbudowuje się za pieniądze z Unii i wiesza w swoich piwnicach obrazy wychwalające dzień wstąpienia do Unii Europejskiej.
Ale nie tylko polska "lewa strona" jest daleka od akceptacji polskiego państwa. "Prawa strona" również jest daleka od przyjęcia go takim, jakie jest.
To "kochaj, kurwa, ojczyznę, bo ci wyjebie" jest tragiczne i groteskowe, bo wygląda jak zmuszanie się do seksu na siłę, z zaciśniętymi zębami. Ten odruch odrzucenia tego, co krytyczne, świadczy o tym, że ta "miłość" to ropiejąca rana. Nienawiść do "Polski w ruinie", do tej beznadziejnej "postkomunistycznej" rzeczywistości, to dziecinna tęsknota do Polski wyobrażonej, nieistniejącej, zamieszkiwanej przez duchy "żołnierzy wyklętych" i zastępy polskich bohaterów. To wszystko ma przykryć beznadziejną codzienność. Codzienność kondominium.
Sam Jarosław Kaczyński jest tego najlepszym przykładem. Urodzony już po wojnie, ale wychowany z głową wsadzoną w to międzywojnie jak w doniczkę, rósł w atmosferze, która była jakimś rozpaczliwym snem o międzywojniu, podczas gdy w realu trwał przaśny PRL. Kaczyński rósł więc w schizofrenii i to ona go ukształtowała. Polska Kaczyńskiego nie istnieje i nigdy nie istniała, bo takie wyidealizowane międzywojnie to bajka. Kaczyńskiego wychowały duchy i demony i teraz ku takiej Polsce duchów, takiej, która nigdy nie zaistniała, prowadzi wyznawców, uczyniwszy z tej Polski religię.
A Polacy za nim idą, bo poza, którą Kaczyński przyjmuje - poza przedwojennego inteligenta, z tym swoim językiem z innej epoki i z głową w innej epoce - ich przekonuje.
Bo oto wiedzie ich pół duch, pół człowiek, przedstawiciel innej Polski, który być może nie wie, ile kosztują ogórki w warzywniaku na rogu, a za zakupy płaci świeżą dwusetką, ale to tym lepiej, bo on tej skurwionej ziemi nie dotyka. Bo on wyprowadzi naród z Polski - domu niewoli, szarzyzny, beznadziei i postkomuny - do innej Polski, tej, w której jego samego dusza tkwi. Do Polski Obiecanej.
Tak, to jest czysty Licheń. To jest tworzenie licheńskiej Polski. Kiczowatej i tandetnej jak licheńska Golgota, ale będącej czymś w rodzaju realizacji polskiego najpierwotniejszego odruchu.
Licheń to dziecinne polskie marzenie, Polska malowana, piękna jak międzywojenny oficer, wyidealizowana jak Jezus na świętym obrazku. Polska niepodległa, mityczna. Ale też barbarzyńska. Kiczowata, sprowadzona do parad, do demonstracji siły, do chwalenia się, co to nie ona. Głupawa, dziecinna, barbarzyńska, niedojrzała. Nie, nie wolno nią gardzić, bo to my, to nasza podświadomość.
Ale trzeba było być odpowiedzialnym, to polskie rozkapryszone dziecko wrzeszczące "ja chcę!", to dziecinne, rozkapryszone tupanie nogami trzymać na wodzy i nie pozwolić mu wygrać z rozsądkiem.
Nie zrobiliśmy tego. Nie powstrzymaliśmy naszego wewnętrznego bachora. Ot, bezstresowe wychowanie. I teraz możemy tylko patrzeć, jak rozrabia. Jak gloryfikowany jest ten ulotniusieńki momencik, w którym choć przez parę chwil pokazaliśmy światu pięść, gdy choć przez chwilę mogliśmy się pomościć w regionie. Zabrać sobie Wileńszczyznę - bo tak! Zaolzie - bo możemy! Domagać się kolonii - bo inni też mają, i choć był to czyściuteńki festiwal polskiego zakompleksienia, to dla polskiej ślepej niedojrzałości był to festiwal narodowej dumy. Moment haju, do którego wracamy jak narkoman.
No, ale taka jest ta Polska. I co z nią zrobić? Wyprzeć? Znienawidzić? Reformować? Kształcić? Pogłaskać? Uspokoić? Jak?
Kaczyński zresztą też się do tej gry Licheniem musiał przygotować: odrzucić niechęć do "niskiego", do "dziadów", którym kazał "spieprzać" jego brat. Do niskiej formy, knajactwa, którego ponoć nie cierpi.
Musiał iść do barbarzyńców po pomoc, jak niektórzy średniowieczni władcy: do Hunów, Awarów, Madziarów, Pieczyngów. Musiał ukorzyć się przed jednym z barbarzyńskich wodzów - księdzem Rydzykiem, publicznie go wychwalać. To musiało boleć, ale było ceną, którą - jak uznał - warto było zapłacić.
I zapłacił. Zbarbaryzował się, choć czasem próbuje jeszcze desperacko wrócić do języka jako tako inteligenckiego dyskursu, choć wychodzi mu to niemrawo. Bardziej przypomina szlachciurę na sejmiku: tu rzuci jakąś łacińską sentencję, tam wyświechtaną mądrość, a na końcu i tak wychodzi mu nienawistne szczucie.
Ale o tyle było mu łatwiej, że bez problemu mógł przyjąć barbarzyńską emocjonalną niedojrzałość. Bo sam jest niedojrzały, z tą swoją gówniarską mściwością, szukaniem problemów u innych, a nie w sobie. Tak, Kaczyński ma emocjonalność rozpieszczonego bachora.
Ta niedojrzałość zresztą jest dramatem również dla samego Kaczyńskiego, bo - najpewniej - wcale nie chciał być nigdy ludowym trybunem. Chciał przemawiać do inteligenckiego centrum, tam też, myślę, kierowane od zawsze były jego diagnozy. Ale centrum nie chciało ich słuchać, ze względu na tę niedojrzałość właśnie, bo Kaczyński nigdy nie potrafił ubrać swoich intencji w cywilizowaną, dojrzałą formę i zawsze ze swoim przekazem trafiał nie tam, gdzie chciał. Był jak ambitny, alternatywny zespół, którego nie doceniali krytycy, lubiły natomiast programy discopolowe. I w końcu machnął ręką na krytyków i dał się temu disco polo ponieść. Ale Jarek, jego wyznawcy i jego polityko polo to również nie "oni" - to my sami. My i nasza niedojrzałość.
Zastanawiałem się, patrząc na św. Piotra wystawionego na wieczne upokorzenie w licheńskiej Golgocie, ilu psychoterapeutów głosowało na Kaczyńskiego. Przecież Kaczyński to jest obrazkowy przykład toksycznej, niezdrowej, niszczycielskiej osobowości. Patrzyłem na licheński pręgierz i nie miałem wątpliwości, że tu chodzi o nowe średniowiecze. Wałęsa w dybach, na miejskim, błotnistym gumnie, wszyscy z "listy Wildsteina", Jaruzelski, wszyscy, którzy "kolaborowali", którzy są "nie nasi": Michnik, Lis... i dalej, bo to idzie przecież dalej, tylko to już było dla Jarosława nie do przełknięcia. Bo przecież dalej jest "Poznaj Żyda" Bubla, dalej jest ONR, dalej są Bosak i Winnicki.
Więc, owszem, niedojrzałość Kaczyńskiego zbiegła się w pewnym punkcie z niedojrzałością emocjonalną tej Polski "licheńskiej", radiomaryjnej, częstochowskiej - Polski ludowego katolicyzmu. I nie do końca wiadomo, jaką wobec tego przyjąć postawę.
"Śmieszkować" za bardzo nie można, bo Polska "licheńska" nie lubi, jak się z niej śmieją. Było to dobrze widać, gdy podczas protestów pod Pałacem Prezydenckim, w okresie hasła "gdzie jest krzyż", "krzyżowcy" starli się ze "śmieszkowcami":
  • Czemu wy się z nas śmiejecie?! - nie mogli pojąć oburzeni "krzyżowcy".
  • A czemu wy nie możecie po prostu śmiać się z nas? - nie mogli pojąć "śmieszkowcy".
I tu trafiali w sedno. Tak, Polska "licheńska" nie ma dystansu - i trudno się dziwić, bo Polska "miastowa", Polska "inteligencka", która coś za szybko i ochoczo wskoczyła w buty Polski "pańskiej", choć sama jest przecież w znakomitej większości ludowej proweniencji, zazwyczaj tą ludowością gardziła. Wszyscy to wiemy aż za dobrze. "Ale wiocha", "ty wieśniaku", "wy wsiury", "wy chamy" - to wszystko to mocno żałosny syndrom polskiego emigranta, który po dwóch tygodniach pobytu na Zachodzie gardzi Polaczkami.
Ale jak ułożyć modus vivendi? Nie śmiać się z siebie?
Trudno ot tak, po prostu, podchodzić z czułością: "Chodź, Jarek. Zjedz snickersa. Powiedz, gdzie cię boli. Pokaż, pomożemy" - bo podniesie się wrzask zarzutów o protekcjonalność. Ale inaczej chyba nie można.
Nie, nie można tą Polską "licheńską", kształtującą dziś znów polską mentalność, gardzić. Ale trzeba mówić wprost, że jest niedojrzała. Że nie dorosła do delikatnego mechanizmu rządzenia państwem. O poziomie najważniejszych prawicowych mediów, których bezkrytyczna postawa wobec władzy i poziom ataków na opozycję, bez najmniejszej próby analizy czy zrozumienia jej postawy, przypomina często poziom licealnych gazetek.
Ale trzeba również mówić o niedojrzałości i barbarzyństwie tej części mediów nieprawicowych, które - w strachu przed polskim barbarzyństwem - całą prawicę stroiło w te barbarzyńskie szatki: nie udało się na przykład w sposób cywilizowany porozumieć w sprawie uczczenia pamięci Lecha Kaczyńskiego, to czczona jest ona w sposób niecywilizowany, przesadny, pompatyczny: najpierw wepchnięto go na Wawel, a teraz, najprawdopodobniej, postawi się mu pomnik na Krakowskim Przedmieściu, wdzierając się, podobnie jak to było z Jezusem Świebodzińskim, na chama w publiczną przestrzeń.
Trzeba mówić o dziecinnym triumfalizmie, hejterstwie i groteskowości prawicowych publicystów obarczających "lewaków" winą nawet za, a co tam, polski antysemityzm, nazywających wolnością słowa prawo do obrażania inaczej myślących. O sprostaczeniu haseł, przy których maszerują zwolennicy prawicy, tego "jebania tych" i "wieszania tamtych". O tępej jednostronności prawicowych polityków, którzy nie widzieli "festiwali nienawiści" wobec "Komoruskich" i "POpaprańców", ale widzą je teraz.
Ta "obrona suwerenności" i "wychodzenie z Rurytanii" odbywa się za pomocą uruchamiania najniższych instynktów i prostaczenia państwowych mechanizmów. Wpędzania państwa w toksyczny związek z polskością: nieprzepracowaną, rozemocjonowaną, terroryzującą, bijącą. Z polskością w podkoszulce żonobijce, cierpiącą na kompleks większości i niższości jednocześnie, więc ryczącą z wściekłości z powodu każdej krytyki i co chwila próbującą udowodnić światu co to nie ona, ryczącą Błaszczakiem do Niemców, że mordercy i naziści, i Macierewiczem do Amerykanów, że demokrację mają od niedawna, więc niech się nie rzucają. Tak, nazizm powstał w Niemczech, ale nazizm to nie narodowość, tylko, warto przypomnieć, pewien sposób myślenia. Tak, państwo amerykańskie istnieje od niedawna, ale składa się na nie doświadczenie o wiele starsze, europejskie, które doprowadziło do powstania efektywnie działającej demokracji, której zagrozić może tylko podobny prostacki populizm, który w Polsce właśnie doszedł do władzy.
Bo nie ma niczego wstydliwego w akceptacji tego, że jesteśmy europejską prowincją.
To nie nasza wina, tak po prostu ułożyła się historia, i jeśli chcemy wyjść z tego ustawienia, musimy się przyłączyć do istniejącego centrum, a jest nim centrum zachodnie, ale musimy też wnosić do niego własną wartość, coś polskiego, unikalnego i - przede wszystkim - atrakcyjnego. Tak, żeby Europa samej siebie bez nas nie potrafiła sobie wyobrazić. Nie stawać się problemem dla Europy, jak teraz, ale nie przyjmować też pozycji kserokopiarki, jak za czasów PO. Tworzyć u siebie coś własnego, wartościowego, i dawać to Europie.
I nie mieć złudzeń, że czymś takim będzie konserwatywna rewolucja w rosyjskim stylu, bo Zachód, w przeciwieństwie do Polski, rozumie, że nie jest to żadna wartość, tylko czystej wody barbarzyństwo. Ale innej drogi niż Europa nie mamy, bo za każdym razem, gdy od Europy się odwracaliśmy, generowane u nas, na miejscu (albo jeszcze dalej na wschodzie), standardy kulturowe i cywilizacyjne, niestety, nie umywały się do tych zachodnich. Bo jeśli chcemy zobaczyć, czym jest Polska bez Zachodu, wystarczy zobaczyć Licheń. Albo okolicę Jezusa Świebodzińskiego. Wystarczy pójść na marsz narodowców i głośno powiedzieć, że jest się z innej opcji. A potem, jeśli się przeżyje, wyciągnąć wnioski.
Obawiam się, że jeśli odwrócimy się od Europy także teraz, będziemy musieli się liczyć z obniżeniem ochrony praw jednostki, z brutalizacją i postępującą samowolą policji, która nie będzie się już musiała przejmować krytyką ze strony "lewackich" mediów czy "lewackiego" rzecznika praw obywatelskich. Już teraz mamy do czynienia z wulgaryzacją prawa w postaci ustawy inwigilacyjnej czy pozwolenia na używanie nielegalnie zdobytych przez policję dowodów w procesie. Już teraz kontrola poczynań władzy została rozmontowana. Widać więc wyraźnie, w którą stronę to wszystko idzie.
A rysująca się na horyzoncie perspektywa powstania propisowskich sił paramilitarnych to już zupełne odejście od cywilizowanych zasad i dryf w kierunku rosjoidalnego zamordyzmu.
Bo to wszystko, ten Licheń, jest faktycznie kolorowe i piękne, i prawdziwe w swojej naiwności, ale pod tym czai się coś mrocznego i niebezpiecznego. Można się Licheniem zachwycać i nie wolno z niego szydzić, bo to nasza podświadomość. Trzeba o to dbać, bo to nasze dziedzictwo. To my, a nie "oni". Ale jest to podświadomość do przepracowania.
Bo to, co właśnie Polskę opanowało, to nie "oni". To my sami, i ta barbarzyńskość w końcu z nas wylazła. I mocno ugryzła nas, proszę o wybaczenie, w dupy.
Ziemowit Szczerek - ur. w 1978 r., dziennikarz, pisarz, tłumacz. Autor m.in. reportażu literackiego z Ukrainy "Przyjdzie Mordor i nas zje" (za tę książkę dostał Paszport "Polityki") i "Siódemki", "polskiej powieści drogi na szosie nr 7". Ostatnio wydał "Tatuaż z tryzubem".
http://wyborcza.pl/magazyn/1,151483,19824503,lichen-czyli-ja-szczerek.html
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]